jarboe-FOR_SITE
komentarzy

Jarboe (28.02.2015; Ucho – Gdynia)

Poczynania Jarboe w dziedzinie muzyki od czasów rozpadu Swans to coś zgoła innego niż Łabędziowe twory. Brak tu hałasu,  brak riffów, brak pewnego chaosu charakterystycznego dla zespołu Giry. Artystka skierowała się w stronę – o dziwo – bardziej poetyckiej formy, pierwotnie zahaczającej w pewnym stopniu o quasi-darkwave (legendarne Lavender Girl) i eksperymentalny industrial w złagodzonej formie. Charakterystycznym elementem jej twórczości od zawsze był fantastyczny, czysty i hipnotyzujący głos, który świetnie wpasowywał się w istrumentalia (jakiekolwiek by one nie były i jakiegokolwiek gatunku by nie reprezentowały). Od momentu zapoznania się z muzyką Jarboe wielokrotnie zadawałem sobie pytanie o jej występy na żywo, czy wciąż obecny jest ogrom ładunku emocjonalnego i głębia jej wokalu, zwłaszcza po tylu latach tworzenia muzyki. Wczorajszego wieczoru w gdyńskim Uchu uzyskałem odpowiedź na dręczące mnie pytania.

Zanim jednak Jarboe zagościła na scenie, słuchacze ujrzeli/usłyszeli jeszcze dwa inne występy. Pierwszym z nich był występ Piotra Cisaka i Pawła Oleksińskiego. Chłopaki z Trójmiasta zaprezentowali prawdziwie muzyczny spektakl – niepozornie usiedli za stołem obładowanym po brzegi elektroniką i wprowadzili gęstą atmosferę tajemniczości i niepokoju. Pół godziny ich koncertu składało się właściwie z dwóch części. Pierwszą z nich była oczywiście muzyka – tutaj odnalazłem silną konotację z drone’owym gigantem – SunnO))), choć oczywiście w mniejszej skali. Sala Ucha rozbrzmiała przesterowanym pomrukiem na ponad 30 minut przeszywając na wskroś, budując przy tym niepowtarzalną, niemalże depresyjną aurę. Szczególnie urzekło mnie zastosowanie smyczka na gitarze basowej, co podkreśliło apokaliptyczny wydźwięk tej nietypowej ścieżki dźwiękowej. No właśnie – ścieżki dźwiękowej.  Za muzykami znajdowała się biała płachta, na której wyświetlały się kolejne obrazy stanowiące nieodłączną część ich występu. Nieco wyblakłe kolorystycznie klipy przedstawiały m.in. nagą kobietę przechadzającą się cmentarzem (scena była zapętlona wielokrotnie), lub tę samą osobę w stawie, przytulającą konar, co momentami kojarzyło mi się niemalże z aktem miłosnym. Nie starałem się tego interpretować. Wiem jednak, że w połączeniu z muzyką, całość przybierała iście artystyczny obrót.

Następnie na scenę weszła Helen Money – kobieta z wiolonczelą. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie multum efektów podpiętych pod instrument. Do tej pory ciężko mi było wyobrazić sobie doom grany na jakimkolwiek instrumencie innym od zwyczajnego elektryka, jednak po występie Money moje horyzonty myślowe znacznie się poszerzyły. Jedna drobna osoba, jeden instrument, tyle hałasu. Riffy (to niepokojące, ale nie mogę użyć tu innego pojęcia) brzmiały naprawdę profesjonalnie (co z pewnością wymagało umiejętności), były przetykane wstawkami na kanale czystym (ten związek wyrazów pozornie także tutaj nie pasuje), całość była głośna i agresywna. Genialne zastosowanie pętli, reverbu, wyciszeń, wybuchów hałasu – zdecydowanie najbardziej urzekła mnie jedna z ostatnich kompozycji wzbogacona samplem perkusji – nigdy nie spodziewałbym się takiego ładunku energii po tego typu instrumencie, nawet ze świadomością możliwości połączenia go z efektami.

Niedługo po solowym występie Helen, dołączyła do niej główna atrakcja wieczoru – Jarboe. Wszystkie jej utwory miały zostać zaaranżowane na wiolonczeli, co od początku trochę mnie niepokoiło, gdyż znałem studyjne nagrania artystki i wiedziałem jak silne i energiczne potrafią być. Niestety, moje niepokoje się sprawdziły, bowiem występ przyjął spokojny wymiar z rodziny „unplugged” – jestem zadeklarowanym fanem mroczniejszych, bardziej dobitnych kompozycji Jarboe, którymi zasłynęła niemalże 20 lat temu. Pomimo mojej początkowej niechęci, musiałem przyznać, iż jej głos wciąż brzmi nieskazitelnie i czarująco – jak dawniej. Mimo spokoju i pewnej flegmatyczności występu, łatwo było napawać się wokalem, który przez 30 lat użytkowania nie stracił ANI TROCHĘ na mocy, co jest nie tylko zaskakujące, ale zwyczajnie zapierające dech w piesiach. Panie zagrały w „większości” (występ duetu trwał absurdalnie krótko, niewiele dłużej niż support) utwory z nadchodzącego winylu nagranego wspólnie (Jarboe & Helen Money z oficjalną premierą 02.03.2015), jednak szczególne wrażenie zrobił na mnie utwór będący codą całego koncertu – Mother/Father pochodzące z The Great Annihilator (1995) z repertuaru Łabędzi. Zaskoczenie, którego w ogóle się nie spodziewałem.

Odnośnie całości miałem raczej mieszane uczucia – pomimo obecnego silnego nacechowania emocjonalnego całego koncertu i aury intymności zaistniałej wraz z pojawieniem się Jane Jarboe na scenie, zabrakło mi trochę więcej witalności i energii (która, mimo wszystko, momentami się ujawniała) z której artystka przecież słynie. Niemniej jednak, towarzystwo wiolonczeli uczyniło całość pięknym i hipnotyzującym występem, który dowiódł, że Jarboe doskonale poczyna sobie w kwestii muzyki – czy to studyjnie, czy koncertowo.