lachowicz - foto
komentarzy

Jacek Lachowicz – Immanuel Kant i śmierdzące jajko

W kilka minut po koncercie w krakowskim klubie Re udało nam się porozmawiać z Jackiem Lachowiczem i dowiedzieć się co nie co  o nowej płycie, dotychczasowych inspiracjach i planach.

Magnetoffon: Kiedyś były morza, był las. Co było inspiracją dla nowej płyty? Może to jedno z najbardziej banalnych pytań na początek, ale znany jesteś jako autor mocno odrealnionych tekstów i melancholijnych dźwięków. Dokąd zabierasz słuchaczy na tej płycie?

Jacek Lachowicz: Ta płyta dla wszystkich osób, które znają język angielski, nie jest odrealniona. Raczej zrobiłem coś innego. Nie żebym miał problem z ludzkością, ale próbowałem tę płytę tym razem odmoralnić. Moralność jako taka pojawia się bardzo często w tzw. twórczości literackiej dołączonej do muzyki, czyli w piosenkach. Nie bardzo mi się to podoba. Może to górnolotnie zabrzmi, ale jestem zwolennikiem pewnego kosmicznego podejścia do świata. Nie w kontekście jakichś odlotów, bo to mnie jakoś nie interesuje, ale tam na orbicie nie działają już takie rzeczy jak moralność – spojrzenie jest zupełnie inne. Powiedzmy, że filozofia Kanta jest mi tutaj najbliższa. Zostawiam prawo moralne, a interesuje mnie niebo gwieździste.

Nowa płyta jest prawie tylko w języku angielskim, jest w tym jakiś cel?

Nie miałem planu, żeby oderwać się od pisania po polsku. Bardziej zależało mi na wyjściu z tą muzyką poza granice naszego kraju. Czuję taką potrzebę. Nie myślałem o tym, że jeśli teksty będą po angielsku, to będą zrozumiałe dla mniejszej ilości ludzi, wręcz przeciwnie, może jest wiele osób, które słyszały moje piosenki w radiu i nawet nie wiedzą, że to jest  Lachowicz. To może być pozytywne zaskoczenie. Myślałem też trochę o tym, że nasz rynek muzyczny jest po prostu mały. Nawet dziś rozmawiałem z Grzegorzem, który organizuje tutaj koncerty w klubie Re, że sytuacja koncertowa w Polsce nieco uległa zmianie na niekorzyść. To, co ja przeżyłem grając w różnych zespołach, na przełomie lat 90-tych i XXI wieku, to była inna sytuacja. Rynek koncertowy był wtedy nabuzowany, każdy chciał chodzić na koncerty, przychodziły tłumy, aby zobaczyć twój występ. Teraz bycie tzw. artystą pod swoim nazwiskiem jest trudniejsze niż tworzenie pod szyldem zespołu. Zdaję sobie sprawę, że moja twórczość spotyka się z niezbyt szerokim odbiorem, dlatego postanowiłem zrobić to w bardziej uniwersalnym języku i zaprezentować ten materiał poza granicami kraju. Zdarzyło nam się kiedyś zagrać kilka koncertów na Zachodzie i było to naprawdę świetnie przeżycie.

Po której płycie był taki wyjazd?

Po wydaniu pierwszej płyty pojechaliśmy tak trochę z głupia frant do Niemiec. Zapakowaliśmy się w busa, zagraliśmy trzy koncerty w niemieckich miastach i okazało się, że tamtejsza publiczność przyjęła nasze granie naprawdę entuzjastycznie.

Na samym początku pomyślałem, że tytuł Pigs Joys and Organs mógłby być opisem stanu polskiego rynku muzycznego, to chyba jednak błędne skojarzenie…

JAK NAJBARDZIEJ. Ja w ogóle dystansuję się od tego typu sytuacji jak na przykład krytykowanie polskiego rynku muzycznego, czy jak go tam zwał. Moja pozycja jest taka, że czuję się takim śmierdzącym jajkiem, jeśli chodzi o całe towarzystwo. Jestem bardzo na boku, nawet w stosunku do Offu, nie trzymam się z towarzystwem jakoś mocno. Jedynie z chłopakami, z którymi gram i Andrzejem Izdebskim, który pomaga mi przy produkcji płyt. Mamy naprawdę niezły przelot. Jesteśmy mocno obstawieni sprzętem, mamy kontakt z wieloma wartościowymi ludźmi, którzy udzielają się muzycznie. Jak choćby z Marcinem Cichym ze Skalpela, z którym siedzimy na Skype i jak coś robimy, to od razu konsultujemy to właśnie z nim. Słuchamy również tego, co dzieje się na Zachodzie. To nas bardzo inspiruje. Obserwuję, że na naszym rynku jest mnóstwo brania się za bary z własnymi ambicjami. Mnie nie do końca odpowiada powiadamianie narodu, że potrafię zagrać w taki sposób jak ktoś inny. Chciałbym dzielić się muzyką, która jest przede wszystkim moja.

Wspomniałeś już o wartościowych płytach, które Cię inspirują. Czy pojawiło się już coś na początku tego roku, co zrobiło na Tobie duże wrażenie?

Wiesz, pewnie Cię teraz zdziwię. Takim materiałem jest najnowsza płyta Petera Gabriela Scratch My Back. Bardzo mi sie podoba koncepcja tego albumu. Wokalista nagrał piosenki wykonawców sceny alternatywnej, ale też ci artyści nagrają jego piosenki. Jestem jego fanem właściwie od dziecka. Uważam, że jego płyta So jest tym dla muzyki pop, co  wzorzec metra z Sevres dla jednostek miar. Jeśli muzyka pop rozwijałaby się tak jak So, to mielibyśmy dzisiaj do czynienia z naprawdę bardzo ciekawymi rzeczami. Muzyka jednak nie poszła w taką stronę, poszła w stronię bardzo idiotyczną. Melodia zeszła na drugi plan, stała się nieistotna. W każdym razie Scratch My Back to genialna sprawa. Mógłbym też wymienić ostatnie Massive Attack.

Zmieniłeś się jako wokalista. Czujesz się bardziej pewny siebie?

Tak, na tej płycie jest więcej eksperymentowania. Chodziło nam o bardzo mocne zaakcentowanie każdego utworu, nie chcieliśmy płyty z jedną koncepcją, planowaliśmy nagranie numerów, które będą ciągnąć ten album. Zależało nam na zagraniu piosenek. To Be Strong jest niemal popowy i niech taki sobie będzie, niech sobie żyje własnym życiem.

Co robi Jacek Lachowicz poza koncertowaniem? Zajmujesz się jakimiś pobocznymi projektami?

Mam dużo pracy poza autorskiej. Zajmuję się różnymi komercyjnymi sprawami i to mi wypełnia czas między koncertami i zastanawianiem się nad następną płytą. Mam pomysły na coś zupełnie odmiennego od tego, co robię teraz. Jak to ujrzy światło dzienne, na pewno dam znać. Ciężko jednak powiedzieć, kiedy dokładnie to będzie.

Jestem właściwie bezkrytycznym fanem płyty Za morzami i osobą, która specjalnie pojechała nad morze, żeby posłuchać jak ta płyta zabrzmi na pustej plaży. Wymyśliłem kiedyś, że kawałek Kochanie kojarzy mi się z pieśnią o wiosłujących rytmicznie, galerników może wikingów, czy byłem blisko?

Nie, robiąc ten utwór, myśleliśmy raczej o Tomie Waitsie (śmiech). Ale byłeś na niezłym tropie, może być i tak, jeśli chcesz. W ogóle jeśli chodzi o morze to ja od zawsze byłem bardziej morski niż górski. Mieszkałem nad morzem kilkanaście lat i to było moje życie. Jest to chyba kwestia przestrzeni, te piosenki jakoś tak się na tej płycie ułożyły.

Z okazji piątej edycji OFF Festiwalu został reaktywowany zespół Lenny Valentino, potwierdzasz i rozumiem, że wystąpisz w składzie?

Tak, jak najbardziej. Myślę, że to będzie bardzo miłe przeżycie dla wielu ludzi, biorąc pod uwagę fakt, że na pierwszym OFFie ludzie przyjechali głównie ze względu na Lenny Valentino. To jest jednak wciąż projekt Artura Rojka, ja jestem skoncentrowany na własnej działalności. Jeśli nasze plany się gdzieś tam zazębią, to być może coś się wydarzy. Czekam na informację z jego strony, bo Artur jest osobą, która najpełniej orientuje się w temacie.

Dziękuję.

Rozmawiał Marcin Niewiedział