og
komentarzy

Iron Maiden – The Book of Souls (Parlophone, 2015)

Autor: Marcin Cholewiński

Gdy w sierpniu 2010 r. ukazał się piętnasty studyjny album Iron Maiden zatytułowany The Final Frontier, prawdopodobnie każdemu skojarzyć się musiał z ostatnim tchnieniem wydawniczym Żelaznej Dziewicy. Ów punkt widzenia miał o tyle sens, że nawet sam lider zespołu, Steve Harris, wielokrotnie podtrzymywał udzielając wywiadów, że marzy o nagraniu piętnastu  płyt studyjnych. Nie byłem wyjątkiem, myśląc, że oto powstał pożegnalny album, ostatni ukłon legendy heavy metalu w stronę fanów i całego muzycznego świata. W tamtym okresie nic również nie wskazywało na zmianę wizji Harrisa.

Niemniej jednak, w przypływie euforii związanej najpierw z trasą promującą „Ostateczną Granicę”, a następnie wyjątkowo udanymi trasami wspominkowymi Maiden England, nie było chwili na zastanowienie się nad przyszłością grupy i zadaniem jakże istotnego pytania, czy będzie coś dalej?

Steve Harris powołał zespół pod szyldem British Lion, Adrian Smith wdał się w muzyczną kolaborację z Mikiem Goodmanem (znanym z kapeli SikTh), tworząc bardzo udany moim zdaniem projekt o nazwie Primal Rock Rebellion. Bruce Dickinson natomiast poświęcił się drugiej swojej pasji – lotnictwu i branży lotniczej.

Jakby mało było znaków zapytania dotyczących dalszej działalności wydawniczej Maiden, pod koniec 2014 r., świat obiegła wieść o wykryciu u Bruce’a dwóch nowotworów na języku. W tym momencie sprawy nabrały wyjątkowo negatywnego wydźwięku, a serca fanów kapeli stanęły w miejscu…

Jednak jak to w historii grupy wielokrotnie bywało (chociażby rok 1999, gdy widząc, że zespół leci na dno, Dickinson powraca do Iron Maiden, nagrywając ponadczasowy Brave New World) – czarne chmury zostały przepędzone! Wokalista oświadczył, że pokonał chorobę; zespół zmobilizował się, a światem wstrząsnęła niesamowita wieść, gdy 18 czerwca 2015 r. na oficjalnej stronie internetowej pojawiła się informacja, iż na początku września wydany zostanie szesnasty album zatytułowany The Book of Souls!

Już sam tytuł, okładka i spis utworów zwiastowały, że będzie to coś innego niż dotychczas; innego i wyjątkowego pod wieloma względami. Po pierwsze – dwupłytowe wydawnictwo! Muzycy pierwszy raz w swojej dotychczasowej karierze zdobyli się na taki krok. Po drugie – nigdy wcześniej nie nagrali kawałka trwającego ponad osiemnaście minut… tutaj zaczęło się myślenie dwutorowe: albo będzie to największy epicki utwór w historii Ironów lub totalne nieporozumienie, rzecz zrobiona na siłę. Mało tego, w owym utworze pojawić się miały pianino i skrzypce – a więc kontrowersyjne jak na ten zespół dźwięki. Niemniej jednak, mój spokój dotyczący warstwy muzycznej, nie został zmącony. Po trzecie, i dla mnie osobiście, najważniejsze – wreszcie Steve Harris dopuścił do głosu Bruce’a Dickinsona, dając mu totalnie wolną rękę jeżeli chodzi o kompozycje. Tym samym po raz pierwszy od początku istnienia grupy, powstały dwie piosenki stworzone tylko i wyłącznie przez frontmana !! (w tym również wspomniany wcześniej najdłuższy utwór w historii, zatytułowany przez Bruce’a Empire of the Clouds).

5 lat minęło, lato również mija z myślą skierowaną ku jednemu, konkretnemu wydawnictwu. Nadszedł wyczekiwany 4 września, pięknie wydana wersja deluxe trafia w moje ręce. Tym samym, czas najwyższy zmierzyć się z nowym materiałem żywej legendy… Zaczynamy !!!

If Eternity Should Fail zaskakuje nietypowym jak na zespół, mrocznym i tajemniczym wstępem, w którym po chwili słychać już pierwsze dźwięki głębokiego głosu Bruce’a. Ciary! Czyż ten głos to nie znak rozpoznawczy Maiden? Niemniej jednak po wstępie następuje szybkie przejście, niesamowity riff, sekcja rytmiczna galopuje, a Dickinson skanduje „When the world was virgin, before the coming of men, just a solar witness… the beginning of the end !”. Wyjątkowo chwytliwy refren, w którym to gitary toczą zaciekłą walkę o podium z bezbłędnym głosem Dickinsona (słyszycie co dzieje się od 6:15 minuty?). Kawałek wprowadza słuchacza w nastrój iście koncertowy, a solówki wwiercają się w głowę. Tak… między innymi na to warto było czekać tyle czasu! Szczerze? Nie spodziewałem się tak wyśmienitego otwieracza. Śmiem nawet twierdzić, iż jest to najlepszy od czasów
The Wicker Man z 2000 r. Ogromny ukłon dla autorskiego dzieła wokalisty!

Drugim w kolejności utworem jest dobrze wcześniej znany i osłuchany, pierwszy singiel z płyty, mianowicie Speed of Light, który ujrzał światło dzienne 14 sierpnia. Zaczynający się rockowym riffem, krzykiem Dickinsona rodem z Be Quick or Be Dead, przywołuje intensywnością i brzmieniem miłe wspomnienie lat 80-tych. Moim zdaniem tym kawałkiem Maideni chcieli pokazać – nie zwalniamy, nabieramy tempa, a Wy wstrzymujcie oddech ! A jakże! Wokal czysty i przejrzysty, w zwrotkach nawet nieco agresywny („I don’t know where, I don’t know when, but somehow back there time again!”); doskonała zagrywka gitarowa (nie pamiętam jaka mogła wcześniej tak szybko zapaść mi w pamięci, czapki z głów Panowie!), która przed premierą płyty puszczana była jako dwudziestosiedmiosekundowy trailer. I uwierzcie, nie obraziłbym się gdyby stanowiła właściwą solówkę bo jest perfekcyjna. Wspominałem już, że Adrian Smith to mistrz wiosła? Abstrahując od brzmienia piosenki, zespół wypuścił do niej świetny teledysk, śmiem twierdzić, iż jeden z ciekawszych w swoim dorobku.

Następnie Ironi serwują nam The Great Unknown. Jakże ja lubię te spokojne melodyjne wejścia! Nie dość, że klimatyczne, to jeszcze doskonale komponują się z głosem naszego kapitana. Delikatne przeplatanie się basu Harrisa i gitary Adriana Smitha trwa w najlepsze, by po dłuższej chwili zamienić się w coś mocniejszego wespół z biciem perkusji Nicko McBraina. Wtóruje jej mocarny dźwięk, który serwuje nam Steve oraz przeciągły wokal Bruce’a. Wyjątkowo też zapada w pamięci linia melodyjna refrenu (uwielbiam go!), w której Dickinson udowadnia, że pomimo wieku, „górki” wciąż nieźle mu wychodzą. Miłym akcentem jest też wydłużenie gitarowego riffu w drugiej części utworu, który płynnie przechodzi w doskonałe solo Janicka Gersa. Słyszałem opinie, iż utwór kojarzy się
z wcześniejszymi dokonaniami, ale będąc całkiem nieźle osłuchanym w dyskografii zespołu, podobizn owych stwierdzić nie umiem. Ot, powstał doskonały, momentami nastrojowy kawałek – jedyny w swoim rodzaju.

Ok. Przyszedł czas na istną petardę. Słyszycie ten akustyczny bas na wstępie? Chyba nie ma wątpliwości, kto jest szefem w tej piosence? A jakże! Zapnijcie więc pasy, bo maestro Harris za chwilę uderzy z niesamowitą siłą i zabierze Was w galopadę na pełnych obrotach. Potęga basu, wtórujące mu gitary, Nicko McBrain uderzający w intrygujący sposób, a głowa… głowa buja się bez przerwy! Nie ma chwili wytchnienia! The Red and the Black – a więc rzecz o osiemnastoletnim Julianie, bohaterze książki o tym samym tytule, żyjącym w epoce napoleońskiej i targanym wieloma przemyśleniami natury egzystencjalnej – porywa słuchacza bez opamiętania! Bruce doskonale wyśpiewuje kolejne wersy; wtrąca przy tym między każdym długo niesłyszane i wyczekiwane przeze mnie „ooooo”… czy Wy też wyobrażacie sobie tą utratę głosu na koncercie? Druga połowa utworu to gitarowa walka, jakże ekscytująca! Solówka goni solówkę, jedna melodia przeplata się z drugą, a wszystko to, by przejść do głównego motywu, a następnie zwolnić i zakończyć na basowym outro Harrisa. Prawie czternastominutowy utwór właśnie dobiegł końca, ale nie da się ukryć, że minęło mi to jakby trwało 4 minuty. Cholernie za tym tęskniłem!! Uff… Żyjecie? Otrzyjcie pot z czoła bo Maiden dopiero się rozkręca!

When the River Runs Deep intryguje mocnym wejściem, po czym raduje ciekawym riffem Adriana. Jest tu słyszalny ten znakomity gitarowy feeling! To również trzeba im oddać, potrafią znaleźć dźwięki niepowtarzalne i szybko przyswajalne. Mam wrażenie, że zespół wreszcie wysłuchał wszystkich malkontentów i powrócił troszeczkę w tym utworze do grania z lat 80-tych. Pomimo słyszalnego zwolnienia w samym refrenie, kawałek niesie w sobie niesamowity pokład energii, zwłaszcza w drugiej części, gdzie gitarowy wir przeistacza się płynnie w ultraszybką solówkę Dave’a Murraya. Dobra robota Panowie! Takie kawałki Maiden zawsze były istnymi killerami !

Zwieńczeniem pierwszego krążka jest utwór tytułowy – The Book of Souls -stanowiący nawiązanie do starożytnej kultury Majów. Moim zdaniem, tak klimatycznej rzeczy Maiden nie stworzyło od czasów Dance of Death z 2003 r. Eddie stylizowany na członka środowiska Majów, tajemniczy tekst, inspiracja „Apocalypto” Mela Gibsona i historią owej cywilzacji. Ciekawe i świeże, nieprawdaż? Ale dość o inspiracjach , muzycy częstują nas ciężkim riffem, Bruce wprowadza nastrój budując tę opowieść stopniowo, jednakże wyraźnie dokładając żaru swojemu głosowi, by w refrenie wybuchnąć długim, rozciągniętym wokalem. Syrena alarmowa wróciła na swoje miejsce! Wyjątkowo spodobać się może również melodyka tego utworu, autorstwa Janicka Gersa. Tak, to zdecydowanie jedno z lepszych jego dokonań w tej kapeli. Choć ciężki, niesie w sobie jakąś przebojowość, którą słychać zwłaszcza w refrenach. Sama struktura tej piosenki mogłaby starczyć na kilka innych. Nie ulega wątpliwości, że muzycznie jest to doskonała robota. Słyszycie co dzieje się od 7:07 minuty aż do samego końca? Za to nie da się nie kochać Żelaznej Dziewicy!

Szybka zmiana krążków i nadszedł czas na sprawdzenie co zawiera druga płyta nowego wydawnictwa. Odpalamy… i wow! Maiden wita nas szybkim, połamanym riffem, ciekawą sekcją rytmiczną i prowokującym tekstem „I can see enemy, I know he can’t see me. Combat red in tooth and claw” ! Tak, tak Death or Glory przywołuje miłe wspomnienie The Mercanary. Ma w sobie jednak większy pazur, intensywniej też pracują tu gitary. Wyjątkowo również na pierwszy plan wysuwa się tutaj perkusja Nicko, facet naprawdę szybko uderza w swój zestaw. Jak to zostało idealnie napisane na oficjalnym polskim forum – „utwór błyskawica”, który moim zdaniem znajdzie się w setliście podczas zbliżającej się wielkimi krokami trasie koncertowej. Ja osobiście będę wiele razy go odpalał do porannej kawy, bo znakomicie nadaje się na rozbudzenie. Tylko co na to domownicy?

Kolejny kawałek, rzekomo wstępem przypomina Wasted Years. Hmm, czyżby? Mało podobizn tu słyszę, tym bardziej, że tylko jeden dźwięk może wydać się zbliżony. Kwestia gustu, rzecz jasna, jednak nie czarujmy się – w Shadows of the Valley to nie muzycy górują. W przeważającej większości to Bruce jest gwiazdą, skandującą z niesamowitą siłą refren (te górki, te górki!!!) i zwrotki. Nie wierzę, że Bronkowi stuknęło w tym roku 57 wiosen… to co robi wokalnie w tej piosence jest niedoścignionym wzorem dla młodych wokalistów. Panowie Tomasz Struszczyk (Turbo) i Krzysztof Sokołowski (Night Mistress), zapraszam do nauki. Gdy Dickinson po mostku piosenki odpuszcza, inicjatywę na chwilę przejmują Adrian Smith i Dave Murray, serwując nam bardzo przyjemne dla ucha popisy gitarowe. Jakże tego się słucha mknąc pociągiem i patrząc jak zmienia się świat! Gorąco polecam!

Tears of the Clown, zadedykowany zmarłemu w zeszłym roku Robinowi Williamsowi jest najkrótszą i zdecydowanie najspokojniejszą kompozycją zawartą na The Book of Souls. Nie zapomnę nigdy momentu, gdy chcąc wysłuchać całej płyty w dniu premiery, zmuszony byłem wyjść z pokoju w pracy, ponieważ Piotr Kaczkowski puścił tę piosenkę w Trójce dwa dni wcześniej. Zdążyłem usłyszeć kilkanaście sekund i tyle wystarczyło, by od razu zakochać się w sposobie śpiewu Bruce’a. Czysty, mocny, lekko zadziorny wokal od razu kojarzy się z najmocniejszymi solowymi dokonaniami wokalisty. Ahh, jakże on wyśpiewał „Who motivates the motivator, Facade, it has to go” !! Ciary jakich nie miałem od lat! Muszę przyznać, iż jest to jeden z moich faworytów na tej płycie. Solidny, bardziej rockowy niż metalowy riff doskonale buja. Przejmujący tekst nastraja. Solówki rozbrajają swoją prostotą i melodyjnością. Szczerze? Pewnik koncertowy.

Przedostatnią piosenką jest The Man of Sorrows, rozpoczynający się przejmującą, lekko jękliwą gitarą Adriana. Strasznie lubię te klimaty. Wiecie dlaczego? Bo w nich Bruce od kilku lat czuje się doskonale, jego głos jest wprost do tego stworzony. Słyszycie już jak opowiada nam o samotności człowieka? „Like a man without a home, watching people come and go, carry on the daily lives, without a thought for the ones alone”. Ileż on wkłada w to emocji! Ciekawym zabiegiem i jednocześnie podkreśleniem jest nagłe uderzenie gitar, basu, które po chwili przechodzi wespół z mocniejszym biciem Nicko w niezwykle melodyjną progresję. Bo ileż w tej piosence zmian tempa, ile nastroju, smutku, melancholii i nostalgii. Linia melodyczna gitar (moim zdaniem obok Speed of Light i The Red and the Black zapadająca w pamięć od razu po pierwszym odsłuchu) oraz solówki są jednymi z najmocniejszych na płycie. Wiele osób kojarzyło tę piosenkę z utworem o tym samym tytule nagranym przez Bruce’a Dickinsona na jego solową płytę Accident of Birth. Na szczęście, muzycy pokazali, że wszelkie spekulacje na ten temat nie mają najmniejszego sensu.

Doszliśmy do punktu na płycie, w którym trzeba na chwilę się zatrzymać i zaczerpnąć tchu. Oto przed nami kolos, kontrowersyjny w istocie, poprzez swoją długość, użycie pianina i skrzypiec oraz niewątpliwie, tematykę. Wybraną zresztą nieprzypadkowo, ponieważ to nie lider i twórca Iron Maiden zdecydował co zamknie płytę, jakiż to epicki utwór zostanie zaserwowany przez zespół. Nie, to nie Steve Harris zadecydował. Oddał wolną rękę Brucowi Dickinsonowi. Nie ulega wątpliwości, że człowiek tak oczytany, z wielką pasją do wszelkiej rzeczy związanej z lotnictwem jako temat przewodni wybierze coś związanego właśnie z przestworzami. Podjął decyzję, iż przypomni światu historię największego w dziejach ludzkości, mierzącego 239 metrów długości (jak sam Bruce śpiewa w tym utworze – nawet Titanic zmieściłby się w środku!!) – sterowca R101, stworzonego w 1929 r. w Anglii, który odbywając swój dziewiczy lot nad Francją w rok później rozbił się w tragicznych okolicznościach (przeżyła tylko garstka pasażerów). Sprawa miała zostać zatuszowana, niemniej jednak nigdy do tego nie dopuszczono. Temat zatem niebagatelny, kreatywny, bardzo wyszukany… Mało tego, chcąc dorzucić coś nowego, świeżego, dotąd niespotykanego, Bruce postanawia, że w tym utworze pojawią się partie klawiszowe. Fani Maiden przecierają oczy ze zdumienia, prawda? Owszem, też je przecierałem. Chcecie przetrzeć je mocniej? Ok. Owe partie nagrał sam!! Nasz drogi wokalista musiał któregoś dnia obudzić się rano z myślą: „Hmm, byłem już szermierzem, dj radiowym, prezenterem, prowadziłem dokument na Discovery, napisałem dwie książki, działałem na cele charytatywne, pilotuję samoloty, mam swoją linię lotniczą, śpiewam w jednej z najbardziej cenionych kapel na świecie, mam doktorat honoris causa, rodzinę, papugę i psa…co by tu jeszcze zrobić przed sześćdziesiątką? A wiem! Zagram na pianinie!”. I jak tu go nie nazwać człowiekiem renesansu? Ale dość o tym… czas na Empire of the Clouds. A rozpoczyna ją… najpiękniejszy motyw klawiszowy jaki w życiu słyszałem! Dotychczas myślałem, że prawdziwym mistrzem jest Tuomas Holopainen, że niezwykłą rzecz stworzył Axl Rose w November Rain. Myliłem się. Dickinson zagrał melodię nostalgiczną, piękną w swojej prostocie, a zarazem niesamowicie przejmującą, zapadająca w pamięć od pierwszych taktów. Mam wrażenie, iż moja i wokalisty wrażliwość muzyczna mocno się zetknęły w tej piosence. Motywowi Bruce’a delikatnie wtórują gitary, następnie nieśmiało słychać perkusję Nicko McBraina. Cóż za klimat… wokalista przenosi nas do tamtych czasów, snuje historię sterowca, opowiada o politycznych zagrywkach; o braku wiary, iż ten gigant w ogóle wzniesie się w górę. Gdzieś w tle słychać jak Adrian powoli ostrzy gitarę do zmiany tempa, by po minucie powtórzyć na swoim Gibsonie ten doskonały motyw główny. Następuje bicie Nicko McBrain’a, raz szybkie, raz wolne, które imitować ma sygnał S.O.S ! Niesamowite, prawda? Oczami wyobraźni widzimy jak w takty gitar (doskonale współpracują tu Dave Murray i Adrian) R101 unosi się w przestworzach, gdzie przez niesprzyjającą pogodę traci kontrolę nad swoim lotem… I tak riff za riffem budowany jest ten ogromny monument muzyczny; powstaje prawdziwe misterium dla słuchaczy. Właściwie cały zespół pod batutą Bruce’a ze wszystkich sił wczuwa się w całą konstrukcję, która jest podniosła i doskonale odzwierciedla tragedię. Gdy po wirze gitarowych dźwięków, słyszymy „Empire of the Clouds, just ashes in our past, just ashes at the last…” i powrót motywu głównego, ma się ochotę podnieść głowę i spojrzeć w niebo. Muszę stwierdzić, iż nie może umknąć fakt, że pomimo czasu trwania, utwór nie dłuży się, wręcz przeciwnie, przemyka niepostrzeżenie. Stoi za tym cała progresywność utworu, jego liczne zmiany tempa. Ileż tego tu jest! Bruce w jednym z niedawnych wywiadów wspomniał, że nie zagrają tego utworu na nadchodzącej trasie. Mam jednak małe marzenie, żeby zagrali go chociaż na jednym jedynym koncercie, który będzie nagrywany w celu wydania DVD. Bo jakże wielka, jakże niepowetowana byłaby strata nie usłyszeć Imperium Chmur na żywo!

Tym samym szesnasta płyta Żelaznej Dziewicy dobiegła końca, a zwieńczenie godne było królów metalu. Wiele już przeczytałem zdań o tej płycie. Zarówno pozytywnych, jak
i negatywnych. Każdy odbierał ją na swój sposób, byli fanatycy i sceptycy nowej twórczości zespołu. Sam dokonując oceny może jednak nie będę się wspinał na wyżyny obiektywizmu, ale spojrzę na nowe wydawnictwo przez pryzmat oczekiwań. A kształtowały się one w sposób zgoła odmienny (w przeważającej większości) od Maidenowej gawiedzi. Nie zależało mi na usłyszeniu krótkich, rzeczowych dokonań w stylu lat 80-tych. Gdy chcę je usłyszeć wkładam do odtwarzacza The Number of the Beast lub Seventh Son of a Seventh Son. Chciałem, żeby tak jak i ja z każdym rokiem staję się starszy i inaczej odbieram muzykę, dojrzalej i bardziej emocjonalnie – chciałem tego samego od ukochanego zespołu.
I nie zawiedli mnie absolutnie! Na płycie dzieje się wiele, żeby ją dobrze zrozumieć potrzeba czasu i uwagi, materiał jest bardzo dojrzały, a muzycy pokazali, że pomimo lat na karku, nie brakuje im świetnych pomysłów, elastyczności w procesie twórczym. Tak jak zawsze powtarzałem – Iron Maiden to królowie melodii. I na tym poletku również mnie nie zawiedli. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że jest to jedna z najlepszych płyt w całej dyskografii zespołu. Przeskoczyła wszystkie płyty od odejścia Bruce’a Dickinsona, a żywiołowością potrafi dorównać legendarnym klasykom z pierwszego etapu twórczości. Sam wokalista przyznał, że bardzo ostrożnie podchodzi do przyszłości grupy, zatem niewykluczone, że może to być ostatni album. Jeśli tak by w istocie było, jeśli The Book of Souls miałoby stanowić pożegnanie z fanami i światem muzycznym, nie mam wątpliwości, że każdy zespół mógłby tylko marzyć o odejściu z taką klasą! Up The Irons, teraz i na zawsze! Jednakże póki co, chyba każdy fan ostrzy już zęby na usłyszenie piosenek z tej płyty na żywo. Czas rozpocząć odliczanie do koncertu Żelaznej Dziewicy w Polsce… Wy też już nie możecie się doczekać by usłyszeć jak Bruce z całym impetem nawołuje nas „Scream for me Polska!!!”, prawda?  Będziemy krzyczeć! …Bardzo głośno !!

Tymczasem, dokonując jedynego słusznego wyboru z czystym sumieniem, odpalając The Book of Souls po raz kolejny, wystawiam….

…10/10 !!!!!!