Imbris+3
komentarzy

Imbris – deszczowa magia słowa

„Imbris to deszcz i jak deszcz, muzyka zespołu czasem niesie orzeźwienie, czasem nutkę nostalgii. W ich muzyce ciepła wiosenna mżawka softrockowych melodyjnych utworów przeplata się z hardrockowym urwaniem chmury.” – tak mówią o sobie członkowie zespołu.

Warszawska grupa istnieje od końca 2007 roku i reprezentuje rockową alternatywę. Do tej pory wszystkie kompozycje są tworzone w języku polskim. Atutem jest bardzo rozważny i inteligentny dobór słów, który sprawia, że teksty posiadają znaczeniową głębię z poetyckim zacięciem. Utwory traktują o ludzkim wnętrzu i o uczuciach, które rodzą się w człowieku. Są bardzo osobistym spojrzeniem na otaczającą rzeczywistość.

Muzycznie Imbris jest zakorzeniony w klasycznym rockowym brzmieniu – nawiązuje do bogatych tradycji tego gatunku, jednocześnie korzystając z szerokiej gamy jego elementów składowych. Możemy usłyszeć połączenie brzmienia soft i hard z zachowaniem zasady złotego środka. Mimo młodego wieku przez członków zespołu przemawia muzyczna i życiowa dojrzałość. Całość kompozycji jest przemyślana i celowa. Imbris stawia na wysoką jakość, co przejawia się w stwarzaniu ze słowa czegoś więcej niż łatwego i przyjemnego wierszyka o niczym.

Więcej informacji o zespole można wyczytać na oficjalnej stronie internetowej: www.imbris.art.pl.

Rozmowa z Krzysztofem Kszczotem – wokalistą zespołu Imbris.

Na samym początku chciałabym, abyś przedstawił Imbris, opowiedział krótką historię zespołu, wasze osiągnięcia, z których jesteście najbardziej dumni? No i oczywiście nie sposób nie zapytać o etymologię nazwy…

Historia tak naprawdę jest bardzo nudna – na początku było trzech chłopaków, potem nasze grono powiększyło się o dwóch kolejnych członków. Każdy miał gitarę i chciał grać. Wszystko zaczęło się dwa lata temu głównie z inicjatywny Grześka (Grzegorz Zawiłowski – przyp. red.), Patryka (Patryk Gałązka – przyp. red.) i mojej. Chłopaki miały wcześniej zespół, który nazywał się Objazd. Po pewnym czasie obaj odeszli z niego, ale niedługo po tym pojawił się u nich głód grania i zaprosili mnie na próbę, ponieważ wiedzieli, że coś tam sobie tworzyłem w domu dla siebie. I pomyśleliśmy: dlaczego by nie założyć zespołu? Doszedł do nas basista z ich starej kapeli, a następnie dołączył też Witold – perkusista. Tak działaliśmy przez półtora roku. Obecnie zmienił nam się nieco skład – mamy nowego basistę. Na początku byliśmy bardzo podekscytowani naszym projektem – był nawet taki okres, kiedy co dwa tygodnie mieliśmy koncert. W tym momencie postawiliśmy na większe eventy – typu Juwenalia, Ursynalia, a ostatnio nawet graliśmy w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Tak naprawdę możemy co tydzień występować w klubach dla pięciu znajomych, ale mamy też już bardziej sprecyzowane cele, ponieważ czujemy wielki potencjał w tym, co tworzymy. Wierzymy, że jest to fajne, dobrze się przy tym bawimy, anaszym entuzjazmem chcemy zarazić innych. Jeżeli chodzi o nazwę – wymyśliliśmy ją z Grześkiem przez GG. Grzesiek wziął słownik wyrazów łacińskich i zaczął po kolei wymieniać różne słowa i tak trafił na Imbris. To w jakiejś odmianie oznacza po prostu deszcz, deszczu. Nazwa spodobała się nam wszystkim od razu. Postanowiliśmy więc poważnie podejść do tematu i zaczęliśmy budować naszą markę – myślę, że kilka osób w Warszawie już kojarzy naszą grupę ze względu na to, że pojawiliśmy się już tu i tam.

Sukcesy? Muszę przyznać, że tak naprawdę trudno mnie zadowolić. Mogę powiedzieć, że sukcesem byłoby nagranie płyty. Oczywiście za osiągnięcie można uznać propozycje puszczania naszych kawałków w radiach i to, że byliśmy zapraszani na różne koncerty. Z tego trzeba się cieszyć, ale to dalsze cele napędzają nasze działania. Czujemy, że rozwijamy się z miesiąca na miesiąc. Równocześnie zdajemy sobie sprawę, że płyta by już się przydała, żebyśmy mogli grać dla szerszej publiczności.

Jakie są wasze plany na 2010 rok?

W najbliższym czasie, pod koniec lutego, planujemy wejść do studia. Będziemy nagrywać nowe demo. W tym tygodniu rejestrujemy demo dema w warunkach domowych, aby przesłać je kilku osobom i uzyskać informacje, który utwór mógłby otworzyć nam najwięcej muzycznych furtek. W lutym chcemy utrwalić nowy materiał, ponieważ zespół nie lubi stagnacji, a ostatnie kompozycje nagrywaliśmy rok temu, a to długi okres jak na grupę istniejącą od dwóch lat. Mamy też nowego basistę, Michała Śliwińskiego, który znacznie poprawił jakość naszego brzmienia. Dlatego warto teraz zarejestrować obecne brzmienie. Mamy możliwość dostrzeżenia postępu zespołu w sposób namacalny, nasz materiał jest z roku na rok coraz lepszy. Chcemy także udać się do wytwórni, może ktoś nas doceni. Choć wiemy, że może być ciężko. Wytwórnie są nastawione głównie na zyski, a co za tym idzie, promowana jest najczęściej muzyka o niskich walorach artystycznych.

Wiem, że stosunkowo niedawno stworzyliście nowy materiał. W jakiej będzie on konwencji? Czy coś się zmieniło?

Zespół od samego początku kierował się pewnymi założeniami, dlatego nie gramy wszystkiego jak leci, a nasz repertuar nie jest podyktowany naszym humorem. Generalnie łączymy style, teraz będziemy grać trochę mocniej, bardziej gitarowo. Zanim przyszedł Michał, nasz materiał był bardzo zróżnicowany. Opierał się głównie na softrockowych utworach, czasem pojawiały się nieco mocniejsze, ale dopiero teraz widzimy, do czego dążymy. Na pewno będzie mocniej w porównaniu do wcześniejszych naszych dokonań. Na tamten czas byliśmy zadowoleni z naszego materiału, ale obecnie to za mało. Nasze kompozycje są bardziej spójne i dojrzałe. Chcemy więc nagrać coś, co popchnie nas do przodu.

Piszecie o muzycznej świadomości – co to jest? Na czym ona polega?

Chodzi o rozumienie tego, co się tworzy, a nie tylko klepanie trzech akordów, które brzmią fajnie i są skoczne. Masz coś w głowie i chcesz to przekazać. Jak zaczynasz, wydaje ci się, że już wszystko umiesz. A człowiek cały czas się uczy. Poznając głębiej daną materię, czujesz jak mało potrafisz. Wiesz, że do osiągnięcia doskonałości pozostało wiele pracy. Możemy to nazwać ciągłym ulepszaniem swoich umiejętności, szukaniem najlepszych rozwiązań, aby muzyk, który słucha naszych utworów mógł pozytywnie ocenić materiał. Jesteśmy samoukami, więc jeżeli doświadczony instrumentalista wyrazi opinię, że to, co robimy jest dobre pod względem kompozycyjnym i aranżacyjnym, to jesteśmy zadowoleni. Z drugiej strony musimy pamiętać, że to co tworzymy, powinno być zrozumiałe dla odbiorców. Nie możemy żyć w naszym własnym muzycznym świecie.

Co u was odgrywa większą rolę muzyka czy słowo – bo możemy zauważyć wielką sprawność w posługiwaniu się słowem…

Dla mnie wszystko musi być spójne. Słowo ma dopełniać muzykę i na odwrót. Nie lubię mówić wprost, lubię raczej komunikować w sposób bardziej zawiły, aby słuchacz mógł się na chwilę zatrzymać nad tekstem. Często wplatam metafory, co sprawia, że opisuję rzeczywistość przez pryzmat swoistego filtru. W Imbrisie piszę głównie ja. Na początku kilka tekstów stworzył Grzesiek, ale obecnie skupił się na graniu. Tekstowe pole do popisu pozostawił mnie. Stawiam na kompatybilność – nie może dochodzić do takiej sytuacji, w której koledzy z zespołu grają mocne riffy, a ja śpiewam o kwiatkach. Trzeba to zrównoważyć i mieć tę muzyczną świadomość, aby móc wszystko połączyć w koherentną całość. Trudno decydować, co jest ważniejsze: muzyka czy słowo. Myślę, że słuchacz musi sam ocenić, co dla niego ma większą wartość.

Tekst i wywiad: Karolina Kamińska