komentarzy

Grinderman – Grinderman 2

God Bless America!

O Bogu, atawizmach i amerykańskim liryzmie czyli o drugiej płycie projektu Nicka Cave’a i The Bad Seeds – Grinderman. 

Pamiętam go jak dziś – kupującego napój w przydworcowej kafejce na stacji kolejowej Brighton, East Sussex, gdzie odprawiałam swą emigracyjną dolę – pokrakowato wysokiego wąsacza, z przytłustawym rozwianym włosem, w przydużym białym garniturze. Dziwne, jednocześnie mroczne i perwersyjne spojrzenie, kreacja daleko odstająca od kalki mieszkańców białych i bogatych wiktoriańskich segmentowców Brighton & Hove. Dziwna, lubieżna, prowincjonalna i niedostosowana jest również jego najnowsza produkcja muzyczna Grinderman 2, którą po 3 latach od ostatniego Grindermana oddaje w nasze drżące ręce, za przyzwoleniem kamratów z The Bad Seeds: Warrena Ellisa, Jima Sclavunosa i Martyna P. Caseya.

W bardziej spójnym od poprzednika albumie, bogowie obskurnego bluesa powielają te same schematy, nie siląc się na nowatorstwo. Cały projekt zresztą powstał z pobudek czysto lubieżnych – przyjemności ze wspólnego grania.

Z jednej strony album lirycznie jest implikacją zakorzenienia mentalności artysty w kraju Wuja Sama. On, jak bard, bajdurzy o kryzysie wieku średniego oraz wszechogarniającego uwielbienia dla Ameryki…

…(urodzony w Melbourne, osiadły w Essex w wywiadzie dla Pitchforka wyznaje: „I love America. I really do. It's by far the place I like visiting out of anywhere in the world. I get a palpable sense of excitement when the plane's landing. It's a cliché, but there's still an incredible energy about New York in particular.”)

Archetypy amerykańskiego commonwealth mnożą się więc w warstwie tekstowej: Mickey Mouse (Mickey Mouse and the Goodbye Man), JFK, Oprah Winfrey, czy też Steve McQueen pojawiający się w najbardziej popowym utworze na płycie Palaces of Montezuma. Bez mrugnięcia oka można nazwać go nowym lepszym hymnem Ameryki. Z drugiej jednak strony Cave z perwersyjnym spojrzeniem i ognikiem w oczach, swym obleśnym muzycznym paluchem strąca nas na drogę zwierzęcych atawizmów, seksualnej lubieżności typów z pod ciemnej gwiazdy czy bywalców amerykańskich saloonów i domów uciechy.

Nick jest dziki, Nick jest zły. Jak wilk na okładce albumu (w rzeczy samej żywy) w trakcie zdjęć oddał mocz na zabytkową posadzkę. W utworze Evil, karykaturalnie romantyczny, wydaje z siebie wilcze skowyty do sprzętu kuchennego i amerykańskich gospodyń domowych w Kitchenette ("I stick my fingers in your biscuit jar/ And crush all your gingerbread men"). W Heathen Child jawi się jako bożyszcze kobiet z bagażem doświadczeń i skazą na życiu. Podobnie w Worm Tamer, czy w etiudzie When My Baby Comes, podzielonej na dwie części: pierwszą melodyjną z partią skrzypiec Warrena Ellisa oraz drugą, psychodeliczną z rewelacyjną wstawką basową. Najlepszy utwór na płycie.

"Oh I know, I know" kusi słuchaczy, intonując w balladzie What I Know, tak naprawdę nie zdradzając żadnych tajemnic ze skarbnicy kryzysu wieku średniego. Ostatni utwór na płycie, Bellringer Blues, to surowy kąsek dobrej porcji psychodelicznego bluesa podsumowujący płytę w dobrym stylu.

Grinderman podpisuje się na płycie krwią trampa po pięćdziesiątce, kapiącą z rozwalonej w bójce w lokalnym szynku szczęki, zdążając przy upadku obmacać krągłe kształty pań w sąsiedztwie. To wszystko z okrzykiem "God Bless America!", wydobywającym się z jego ogorzałej ryjowni. Amen!

Magdalena Szubert