IMG_4761
komentarzy

Good Weather For An Airstrike – A Home For You (Hawk Moon Records; 2014)

Oczywistym jest, że chcąc polecić jakiś materiał, wcale nie muszę go poddawać ocenie w konkretnych ramach, przedziałach. Tak jest też w przypadku ambientowej płyty projektu Good Weather For An Airstrike – A Home For You. O tym, że tytuł albumu w zupełności się zgadza, i że zostałem już na stałe mieszkańcem, zapewniam poniżej.

Ocenianie płyt instrumentalnych jest ciężkie przede wszystkim z racji braku tego bardzo istotnego instrumentu jakim jest wokal. Być może to sprawa dyskusyjna – nazywanie głosu instrumentem – dla mnie jest to absolutna autonomia. A co z jazzem, albo jak w tym konkretnym wypadku – z ambientem? Nie lada sztuka zachęcić, ciężko też podejść, bo w oparach mgły i dymu, który spowija materiał wyłapywanie i opisywanie piękna jest niezwykle trudne. A może to właśnie w tym tkwi magia?  Dla mnie już okładka to absolutny opis obrazu zwanego GWFAA. Wspomniałem, że nazwa projektu zainspirowana jest piosenką Sigur Rós? Pewnym jest,że nie tylko to ich łączy.

Wyśmienite, oniryczne plamy dźwięków, tworzone wg autora głównie po to, by zaaplikować głowie spokój, mający wywołać sen. Obywatel Tom Honey, odpowiedzialny za projekt, cierpi na uciążliwe sensacje słuchowe, polegające na jednostajnym dzwonieniu w uszach, szczególnie irytującym podczas zapadania w objęcia morfeusza. Prawda, że bardzo ciekawe wytłumaczenie dla tak cholernie ciężkiego kawałka chleba jak ambient?

Jestem płytą zauroczony, zwłaszcza, że niepełna godzina, podczas której przychodzi nam z nią obcować, pomimo, że jest niemiłosiernie jednostajna i niezbyt (a nawet wcale) zdynamizowana – topi mózg, a zwłaszcza te partie, które są odpowiedzialne za zniecierpliwienie, pośpiech, stres i ogólny wyrzut do świata za to, jaki jest.

Nie istnieje żaden racjonalny powód, dla którego warto mieć tę płytę w domu. Może to wcale nie jej zasługa, ale odpowiednie oświetlenie, wsamplowany przypadkowo deszcz siąpiący za oknem, albo mój nastrój. Nie próbuję w żaden sposób usprawiedliwiać ani siebie za to, że płyta mi się bardzo podoba, ani autora, za to, że wypuszcza pozbawione formy i kompozycji utwory – duchy, niewymagające nawet nazywania ich.

To coś wewnątrz, ta aura, tchnienie ducha, przelanie uczuć, czy nawet włożenie serca w komponowanie tak abstrakcyjnych form pozwala wierzyć, że wypuszczanie tego (pod znakomitym szyldem i równie dobrym tytułem) to znakomita inwestycja na samotny (i nie tylko) wieczór.