komentarzy

Gonjasufi – A Sufi and a Killer

Ponadczasowy, sentymentalny brud

Mimo iż na rynku muzycznym obecny jest od wczesnych lat dziewięćdziesiątych, do szerszego grona słuchaczy trafił dopiero, po pojawieniu się na drugim albumie Flying Lotusa. Dwa lata później na półki sklepowe nareszcie trafił jego pełnometrażowy debiut – A Sufi and a Killer.

Sumah Ecks aka. Gonjasufi, bo o nim mowa, zaczynał jako raper w pochodzącej z San Diego ekipie Masters of The Universe. Równie często co przed mikrofonem stawał za deckami, a także uczył Jogi. Przy swoim debiucie pracował z Gaslamp Killerem, oraz Flying Lotusem. Pierwszy z nich wyprodukował album, natomiast FlyLo, zadbał o warstwę muzyczną utworu Ancestors. Klasyfikacja gatunkowa efektu tej współpracy nie ma większego sensu. Dominującym elementem jest niezwykły wokal Sufiego. Najczęściej płaczliwy i zawodzący, zwykle przetworzony bądź wspomagany megafonem, czasami nawiązujący do rapowanych początków Ecksa. W bardziej hip-hopowych fragmentach pojawiają się skojarzenia ze Snoop Doggiem (Ancestors, Klowds), z kolei gdy w tle zabrzmią gitary, Gonjasufi potrafi krzyknąć niczym Screamin’ Jay Hawkins (She Gone, Made).

Od strony muzycznej dostajemy ponadczasową hybrydę gatunkową Gaslamp Killera. Dźwięk jest przybrudzony, często słychać trzeszczenie starych, porysowanych vinyli. Jeśliby na siłę próbować określić muzykę na A Sufi and a Killer to najbardziej pasowałaby łatka vintage albo oldschool. Brzmienie zostało celowo zarchaizowane, co dało ciekawy efekt. Komputerowo wygenerowany beat w Holiday brzmi tak samo wiekowo jak zsamplowany Hendrix w zamykającym płytę Made. Dzięki temu Gonjasufi osiągnął coś, co niewielu ostatnio się udaje. Nagrał płytę, która ma klimat – charakterystyczny, nie do podrobienia i przede wszystkim utrzymujący się we wszystkich dziewiętnastu utworach. Odstaje jedynie Ancestors, wyprodukowany przez Lotusa i wspomniany Holiday. Pomiędzy rock’n’rollowe partie gitar, hammondy przypominające The Doors i jazzową perkusję Gaslamp Killer wplótł arabskie orientalizmy (Kowboyz and Indians), damskie wokalizy (Change) czy funkową sekcję rytmiczną (Candylane).

Mimo brudu i oldschoolowego klimatu, płyta jest kopalnią przebojów. Materiałem ze swojego debiutu Gonjasufi mógłby obdzielić radiowe playlisty na co najmniej kilka dekad. She Gone sprawdziłby się na Woodstocku, Candylane w czasach świetności Motown Records, SuzieQ w filmie drogi z lat siedemdziesiątych, a Change w złotym okresie trip-hopu, kilkanaście lat temu.

Czy któryś z singli, aktualnie ma szansę na air play? Pewnie nie, ale zainteresowani i tak dotrą do A Sufi and a Killer. Płyta Amerykanina zwiastuje nam kolejnego wielkiego z Warp Records. Jednak Gonjasufi nie jest muzycznym rewolucjonistą. Nasze uznanie zdobywa w sposób zapomniany przez innych nowomucznych twórców. Poprzez emocje, lirykę i sentymentalizm. I właśnie w tym tkwi jego siła.

Krzysiek Sokalla