111780_original
komentarzy

God Damn – Vultures [One Little Indian; 2015]

Jest taka tendencja we współczesnych wydawnictwach (wielu, nie wszystkich, co jasne) – a przynajmniej ja wysnułem taką teorię i zdołałem ją od razu skrytykować jako pomysł – do czynienia wszystkiego idealnym, perfekcyjnym, wypranym z „niekorzystnych” pogłosów, brudu, pewnej surowości, na rzecz ogólnej klarowności i przystępności kolejnych dźwięków dla statystycznego słuchacza. Te właśnie rozważania przy wieczornej herbacie ostatecznie zawiesiły się gdzieś w okolicach oldschoolowego rocka (chociażby Zeppelinów, którzy ostatecznie mieli wpływ na niejeden jego podgatunek), a konkretnie stonera, który jakby w teorii był zaprzeczeniem ideału, a cały jego zamysł opierał się na prostocie i szorstkości, która w wielu innych przypadkach zapewne mogłaby okazać się wadą. Proste, acz ciężkie riffy, leniwy wokal o przeważnie ciekawej barwie (Layne Staley z pewnością jako koło ratunkowe planował założenie stonerowego bandu), a także masa efektów, które dopełniały dzieła mistycznym posmakiem psychodelii w rytmie wah-wah – ale gdzie to wszystko teraz? Czy o starym dobrym stonerze zaginął słuch? Czy nowe standardy były równoznaczne z uśmierceniem gatunku? Po odsłuchu debiutu God Damn sprawa stała się dla mnie całkowicie jasna. Stoner kwitnie – nie na pierwszym planie, tam gdzie się najwięcej dzieje – on kwitnie w swoim niszowym środowisku, które jest póki co nieskażone zasadami ogółu.

Postawmy sprawę jasno – God Damn nie wzięło się znikąd i zanim jeszcze Vultures zawitało na ziemskim padole mieliśmy okazję posłuchać kilku singli, które choć wyjątkowe (o czym zaraz powiem), dopiero w całości osiągnęły status unikatów. Jakże ugryźć to ciastko o zaiste wielu smakach, z których każdy ma coś nowego do zaoferowania? When the Wind Blows, drogi czytelniku, to sztandar w kwestii polimorfii i rozmaitości upchanych w ciągu dwóch i pół minuty – wstęp jest wyrwany rodem ze starodawnego thrashu, a jednak ma w sobie coś świeżego – powiedziałbym, że stoi rozkrokiem między Kill ‚Em All a Apex Predator – Easy Meat, by za chwilę bezceremonialnie zdezintegrować to porównanie iście neo-brit-punkowym wokalem, który nieco kojarzy mi się z tym Turbowolfowym. Magia, czyż nie? Następnie – gdzieś tam po drodze czyha Horus, które osiąga perfekcję w naśladowaniu stonerowego tempa, przy jednoczesnym iluzorycznym kompromisie wokalu ze standardami, które (przyjmijmy) obowiązują w nowoczesnej muzyce – wokal jest tu znacznie łagodniejszy niż na pozostałych kawałkach, ale nadrabia polifonią i sporadycznym screamem, który świta gdzieś tam w tle i nie rozrywa zbytnio uszu. A ta melodyjność, mniam. Ale to wszystko jest zaledwie rozgrzewką przed tytułowym Vultures, które (co wielu z pewnością rozgniewa) próbuje wszystkiego po trochu, a co najlepsze – robi to piekielnie dobrze! Wyborny i hałaśliwy wstęp nie zapowiada a’la jazzowej melodyki następującej już kilka sekund później, a trzeba nadmienić, że jest ona zmodyfikowana na tyle, że całkiem gładko wchodzi w komitywę z resztą utworu. Ależ nie myślcie, że całość łagodzi również wokal, który pachnie legendarnym już Kyussem, a w dodatku nie jest to aromat starocia – głos jest szorstki, surowy, nieoszlifowany (ale nie w tym negatywnym sensie). To kawał wokalu, który dobrze wygląda w takiej właśnie surowej formie.  To hołd, obok którego nie przechodzi się obojętnie. To jeden z tych, który sięga mistrzostwa w dziedzinie nawiązań. A bridge, który brzmi jak tappowany majstersztyk na gitarze? Cudowny. Jest także Skeletons i Sullen Fun, czyli wystarczająca ilość utworów będących spójną, ale znacznie spokojniejszą odskocznią od całej tej dzikiej zbiorowości nieociosanych dźwięków. Jako intermezzo spełniają swoją rolę – są w dużej mierze akustyczne, jednak przechodzą pewne przemiany, które stanowią o ich klasie.

Jest jeszcze wiele słów, których chciałbym użyć, by choć trochę przybliżyć wam ten staroszkolny vibe, który jakimś cudem muzykom z God Damn udało się skonstruować. Ale wiecie co? Podejmę ich grę. Niczym stoner, krótko, prosto i na temat – God Damn chwyta temat, który od dłuższego czasu leżał w letargu nieruszony przez nikogo, czekając na odpowiedniego pośrednika między słuchaczem, a  tymi pozornie nieprzyjaznymi, ale tak melodyjnymi dźwiękami. I choć to zadanie po tylu latach od rozkwitu stonera wydaje się niemal niemożliwym do wykonania, po odsłuchu God Damn wyda wam się bułką z masłem. Panowie zrobili po swojemu, ale dobrze. Brawa za pomysł i już niedługo widzę God Damn jako znacznie istotniejszą markę.