komentarzy

Gentleman! – Opowiem Ci kilka historii

Historie dobrze znane

Dobra polska płyta. Takie opinie towarzyszą ostatnio naprawdę, ogromnej liczbie nowych wydawnictw. Płyty zasadniczo są dobre, mają też coraz lepszą produkcję i mądrą choć ciągle słabą promocję. Wszystko pięknie, ale teraz spróbujmy doszukać się jakichkolwiek zaskoczeń, choćby najmniejszych.

Gentelman! to zespół, który nie ma co się obawiać krytyki. Gra porządną muzykę, trochę miesza, łączy lekką piosenkę z podniosłym hałasem (Samoloty), wszystko zachowawczo, ale po swojemu. Niedługo po rozpoczęciu działalności wystąpił na Opener Festival, pojawił się też na kilku innych ważnych imprezach. Na fali tego uznania wydał też swój debiutancki album zatytułowany Opowiem Ci kilka historii. Wszystko naprawdę dobrze się układa, a do tego dochodzi jeszcze to Trójmiasto jako miejsce pochodzenia, a gdzie Trójmiasto tam wiadomo, muzyka nie może zejść poniżej pewnego poziomu.
Problem tylko w tym, że nie jest łatwo przesłuchać album do końca bo w pewnej chwili przestaje się na niego zwracać uwagę. Gra i buczy, teksty po Polsku dają radę, ale całość jakoś nie bierze, choć znajdziemy też momenty, które przyciągną na dłużej.

Zajrzyjmy zatem co kryje się pod płaszczem Gentlemena!

Lubię, wręcz uwielbiam kiedy płyta zaczyna się w taki sposób ja ta. Kiedy pierwszy utwór jest jak tytułowe samoloty przekraczające barierę dźwięku nad nadmorskimi miejscowościami. Znany z wcześniejszej Epki kawałek, mimo uładzonej wersji albumowej ciągle wprowadza w emocjonalne rozedrganie. Znaczący wpływ ma na to także świetny tekst. W utworze Ego, dla odmiany nadlatują nie samoloty, a Muchy, ale się buja całkiem przyjemnie. Za to urzeka mnie naiwny, króciutki kawałek Anka Skakanka, który gdyby ukazał się dziesięć lat temu, trafił by na składankę Projekt Si 031. Po nim bardzo ciekawy Cops, nieco później kolejna udana próba zmierzenia się z klasyczną nowofalową Anglią, tak językowo jak i muzycznie (Anturium for my girl) choć wszystko znamy to już doskonale, nawet na naszym gruncie.

Człowiek który produkował tutaj bębny pójdzie do piekła (i ten który w nie wali też) oczywiście nie za karę bo jak przecież wiemy muzycy idą tam w nagrodę. Podobnie jak cała reszta, gary brzmią naprawdę porządnie.
Chwilami album przynosi masę radości, w innych momentach funduje nam stanowczo zbyt wiele wycieczek w stronę Mysłowic i tych dalszych w stronię Wysp i to jest delikatnie mówiąc "niedobre". Słyszałem też niedawno słowa krytyki na temat umieszczenia coveru na tej płycie. Dla mnie jest on taki jaki ma być dobry cudzes. Umiejętnie przearanżowany, odgrzebany utwór, który mimo zmian jest natychmiast rozpoznawalny. Nie sądzę też aby zespół, zamieszczając go, miał jakieś "komercyjne intencje". Przypomniał po prostu nieco zakurzony kawałek Pat Benatar, Love Is a Batellfield, którym bardzo chciał się z nami podzielić. Gościnny występ Ani Chyłkowskiej  nadał temu utworowi jeszcze większą dawkę emocji wyrażoną w prostym dialogu. Historia ta pasuje zatem do reszty idealnie. 

MarciN.