komentarzy

Full Blast – Black Hole

Jazda bez trzymanki

Nazwa formacji Full Blast to nie jest rzucanie słów na wiatr. To jeden z najbardziej radykalnych brzmieniowo zespołów współczesnego jazzu (?). Ciężar, który wgniata w fotel. Nieustanna pogoń i plątanina dźwięków. Z paroma zaledwie przerwami na wzięcie oddechu przed następnym zjazdem.

Materiał na płycie Black Hole (drugiej w historii grupy) został nagrany w Zurychu i przedostało się do tytułów kolejnych muzycznych fragmentów parę nawiązań do niedalekiego eksperymentu i wielkiego przedsięwzięcia naukowego jakim była konstrukcja Wielkiego Zderzacza Hadronów. I tak mamy więc tutaj Large Hadron Collider, Protoneparcel, Quarks Up/Down czy i sam tytułowy Black Hole.

Muzyka to połączenie saksofonowej energii Petera Brötzmanna, bezkompromisowego artysty, który pomimo blisko 70tki na karku nie spuszcza z tonu i krzesze dźwiękowe iskry z instrumentów dętych stroikowych (klarnet, sax alt i tenor, tarogato) oraz niemal brutalnej gry sekcji rytmicznej. Bo tutaj nie ma litości. Marino Pliakas i Michael Wertmüller grają niesamowicie gęsto, z energią bardziej typową dla kapeli metalowej niż ‘jazzu’. Głos Petera jest jak zwykle nasycony emocjami, dźwięk ciągle przybrudzony, rozwibrowany, najczęściej w wysokich rejestrach. Michael to perkusista o absolutnie rockowym uderzeniu, muzyk niezwykle fizyczny, wytrzymałościowiec (piekielnie szybka stopa). Marino jest basowym ekwilibrystą, nieustannie przebierając palcami po strunach nadaje brzmieniu mocno osadzoną podstawę, choć wszystko się tu trochę zmywa razem, wciągane siłą grawitacji do czarnej dziury i redukowane do masy i plamy o kształtach bliżej nieokreślonych.

Płyta składa się z fragmentów krótkich i bardzo krótkich (ledwie jeden utwór powyżej 10 minut, większość w okolicach 3 minut) muzyczne petardy : treściwe i dosadne. Brak zbędnego gadulstwa. Choć i nie brakuje tu fragmentów bardziej wyciszonych, pamiętać jednak należy, że to Brötzmann, więc wyciszenie jest tylko pozorne, a my i tak dostaniemy zaraz Full Blastem w twarz. W tych momentach gra zespołu kojarzyć się musi nieco z innym projektem Brötzmanna : trio z Peterami – Friisem Nielsenem na basie i Ole Jörgensenem na perkusji. Więcej próby grania zróżnicowanymi metrum, więcej gry dynamiką i napięciem. Bardziej selektywne operowanie dźwiękiem. Komu zależy na większej ilości skoncentrowanej dźwiękowej masy może polować na limitowaną edycje płyty – pierwsze 1000 płyt wydanych przez Atavistic zawiera dołączony album nagrany w Tampere w Finlandii w 2005ym roku, tam fragmentów wyciszonych mniej. Ba, w porównaniu z owym bonusowym dyskiem jak i z nagraniem debiutanckim (Full Blast z 2006 roku, pierwsze wydawnictwo labelu Jazzwerkstatt) nagranie z Zurychu wypada niemal refleksyjnie.

Do tej płyty, do tego zespołu trzeba się odrobinę przyzwyczaić. Tak jak i do braku światła. Bo tu wszystko, jak na czarną dziurę przystało, jest mroczne, czarne, gęste, ciężkie, smoliste i głębokie. Choć momentami jest to muzyka bezpośrednia jak kopniak z półobrotu to po wyostrzeniu zmysłów można w różnych zakamarkach, cieniach i półcieniach znaleźć kształty i elementy wcześniej pominięte. Ostrzegam jednak, że polecam podchodzić z dużą dozą ostrożności, najlepiej z okresem słuchania metalu wpisanym w cv, oraz zaświadczeniem o niskiej zawartości cholesterolu we krwi. Dla wielbicieli krwistych muzycznych steków. 52 minuty, 46 sekund i 27 milisekund prawdziwego mięcha. Słuchać głośno, popijać smołą lub czarną kawą. Smacznego.

PS. Do płytki wróciłem przy okazji zbliżającego się koncertu tegoż tria (wyjątkowo powiększonego do rozmiaru kwartetu poprzez udział drugiego saksofonisty Marsa Williama). Koncert (17 września, klub Fabryka) rozpoczyna V. edycję Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Absolutna rekomendacja koncertu, płyty jak i całego festiwalu z mojej strony.

Bartek Adamczak
(Jazzowy Alchemik)