komentarzy

Fuck Buttons – Tarot Sport

Po ich epickim noisowo-tribalowym loopie Street Horrrsing (2008) , po którym niejednemu opadła szczęka, a niektórych raziła maniera histerycznego lamentu, którego nie sposób i tak zrozumieć, Benjamin John Power i Andrew Hung poprzeczkę zawiesili wysoko. Dla mnie ta poprzeczka lekko zadrgała, lecz nie została strącona, wraz z noworocznym dzieckiem- Tarot Sports. Drugi album studyjny bristolskiego duo wywróżył lekkie rozczarowanie.

Jakkolwiek po wysłuchaniu Street Horrrsing dostajemy soczystego noisowego tantrycznego kopniaka w zad, balansując na muzycznej granicy brutalności i subtelności, tak w Tarocie powielają się pewne schematy wyniesione z debiutanckiej płyty. Na pierwszej chłopaki mieli prostą, lecz skuteczną metodę na muzykę: wywoływanie kontrastów w postaci pewnej epickości, uniesienia oraz delikatność interlud, zapętlonych tak subtelnie, by początkowo wkradało się niewinne mantrowe kontinuum przesteru, zawieszone drgająco w przestrzeni bristolskich umysłów, aż po punkt kulminacyjny spływającego katharsis noise’u, drążącym w tkance mózgowej kruchych słuchaczy. Drugą płytę-dziecko podłączyli pępowiną z minimal techno, epickością post-rocka w wydaniu Mogwai , czy Explosions In the Sky i zagrywkami w stylu M83. Łono zacne, aczkolwiek rejony dla debiutantów ambient-noise’u dość niebezpieczne.

Odejście od ekstremalnych gitarowych wyjków oraz odłożenie mikrofonów na bok, a skupienie się na rytmie oraz teksturze syntezatorów, które dało muzyce dance, czy techno punkt wyjścia, było nowatorskie w ich wydaniu, częściowo spowodowane tym, że produkcję na warsztat wziął Andrew Weatherall, odpowiedzialny za producenckie cacka chociażby My Bloody Valentine lub Screamadelicę Primal Scream. Zmiana szokująca dla fanów przyzwyczajonych do pierwotnych brzmień, lecz zmiana jedyna.

Guziki konsekwentnie (chyba sami wpadli w sieć swojej mantry) powielają schematy struktury piosenek, dojrzalszych i melodyjnie wzbogaconych o pierwiastek post-rockowego orgazmatorium. Mój rodzynek Solar Surf godnie rozpoczyna przygodę z Tarot Sports – cieszy drumbeatowy chłód na tym chyba najbardziej rave’owym i odstającym od pozostałych utworów kawałku. Pozostałe brzmią, jakby podejrzanie identycznie, zarówno w stosunku do siebie, jak i debiutanckiej płyty (podobne do Sweet Love for Planet Earth akordy na The Lisbon Maru, przetkane siecią wpadających w ucho post-rockowych melodyjek, jest jednak militarystyczny werbel, za który wielki kciuk w górę). Na płycie mamy krótsze, parominutowe utwory, z przemyślaną historią i inżynieryjnym arcydziełem (Rough Steez, Phantom Limb) oraz dłuższe ponad 10-minutowe epopeje muzyczne, wlokące się początkowo żółwim tempem, aby osiągnąć szczytowanie w euforii ckliwych melodyjek (Olympians, Space Mountain), aż do post-orgazmatycznych ostatnich sekund na dojście do siebie i pozbieranie porozrzucanych elektronicznych części garderoby.

Metoda Fuck Buttons na muzykę, może i jest schematyczna, oparta na powtarzalności i transie, czy tego o korzeniach sięgających w minimalu lub techno i egzekwowana na Tarot Sports, albo tego z rodzaju mantry tribalowo-plemiennej, jednak jest ona konsekwentnie wiedziona i opracowana. Hipnotyzuje. Może i za dużo na ostatniej płycie epickości, ale nie jest ona tak rażąca, że odkładam płytę na później. A może i dobrze, że chłopaki odeszli od histeryczności i lamentu na rzecz przemyślanie skonstruowanych przestrzeni muzycznych. Za dużo tych „może”. I za te wątpliwości stawiam albumowi dziś 4-.