komentarzy

Frightened Rabbit – The Winter of Mixed Drinks

Terapia odwykowa

Niedawno pojawił się kolejny singiel zespołu Frightened Rabbit, który tworzy mieszankę indie rocka i indie folk, pod tytułem The Loneliness and the Scream, który ma promować płytę, wydaną już w zasadzie kawał czasu temu, bo pierwszego marca bieżącego roku. Jednak nie została ona jeszcze opisana na łamach Magnetoffonu, a zasługuje na chwilę uwagi.

Tytuł tejże płyty, w zasadzie dość aktualny, przynajmniej jeśli chodzi o pogodę (jeśli chodzi o całość też, ale to już zależne od „preferencji smakowych”) – The Winter of Mixed Drinks. Nie wiem czy pamiętacie, ale ta kapela w zeszłym roku była także u nas przy okazji Off Festivalu. Wtedy zaprezentowali część materiału z tego właśnie albumu.

Jeżeli pierwsze albumy Przestraszonych Królików były jakimś szukaniem swojej drogi muzycznej, to trzeba stwierdzić, że ta droga była niczym autostrady w Stanach Zjednoczonych – prosta i nudna.

Midnight Organ Fight była płytą, jak dla mnie, strasznie nijaką. Niby nie była zła, niby wszystko w niej grało… ale miała stanowczo za mało charakteru. Po przesłuchaniu ulatniała się tak szybko jak to możliwe.

O nowym albumie nie mogę tego powiedzieć. Wokal przeszedł metamorfozę, już nie jest tak spłaszczony, a o wiele bardziej zadziorny. W zasadzie można by stwierdzić, że Scott Hutchinson śpiewa niczym człowiek z zaburzeniem maniakalno-depresyjnym. Spokojny ton w chwilę przeobraża w prawie histeryczny wrzask, nie przekraczając pewnej linii. Ponadto bardziej słychać jego szkocki akcent co, o dziwo, wychodzi na dobre. Wypadałoby przyjrzeć się także tekstom, które na Midnight Organ Fight były bardzo depresyjne, bo jak sam Hutchinson komentował, tamta płyta miała być terapią po nieudanym związku. Tu mamy za to album słodko-gorzkiej walki ze swoją emocjonalnością.

Na uwagę zasługują moim zdaniem dwa utwory w szczególności. Jeden to pierwszy z płyty  – Things, który zaostrza apetyt na kolejne kawałki, a drugi to singlowy The Loneliness And The Scream, który nie dość, że zauroczył mnie muzycznie, to i spodobał mi się do niego wideoklip.

Najsłabiej wypadają Man/Bag of Sand, który jest dziwną zwolnioną wersją Swim Until You Can See Land tak jak i Foot Shooter, który z sennym wokalem mógłby być wzięty za kolejny kawałek Coldplay’a. Jest też utwór, który z pozoru niczym się nie wyróżnia i pewnie jest tylko zapisem jakiejś próby zespołu, a wypada moim zdaniem najciekawiej. Pewnie nie na każdym albumie się on znalazł, więc trudno traktować go jako integralna część płyty, bo to bonus track,  a zwie się Fun Stuff. Wypada tak naturalnie, że wszystkie inne się kryją. „Fun stuff, is much less fun with you” wyszeptuję Hutchinson po części pogodzony ze swoim losem, a z drugiej strony przepełniony tęsknotą za swoją ukochaną.
                      
Grzegorz Paluchowski