Fort-Romeau-Insides
komentarzy

Fort Romeau – Insides (Ghostly International; 2015)

Pierwszy raz styczność z albumem Insides miałem tuż po jego premierze i przyznam, że materiał odsłuchany wówczas w formacie cyfrowym nie zwrócił mojej szczególnej uwagi. Kilka dni temu w moje ręce trafiło podwójne wydawnictwo winylowe i być może to format krążka przeważył szalę na korzyść brytyjskiego producenta. Odkładając jednak na bok kwestie estetyki zewnętrznej, warto bliżej przyjrzeć się temu, czego dotychczas dokonał Mikre Green. Od premiery jego debiutanckiego krążka zatytułowanego Kingdoms minęły trzy lata , w międzyczasie pojawiło się kilka produkcji pobocznych i mini albumów, które jednak nie zwiastowały zmian, z którymi mamy do czynienia na Insides. O ile na debiucie zachwycić można było się niezaprzeczalną świeżością  brzmienia, to wciąż było to bliższe house’owej klasyce i oscylowało wokół pewnej zachowawczości. Kolejne muzyczne wydawnictwa stanowiły delikatne zmiany, ale nie wykraczały poza pierwotnie przyjęty konspekt. Tym razem mamy zdecydowany progres i odważny krok na przód, sięgnięcie po nowe instrumentarium i wyważony klimat. Płyta ujmuje przede wszystkim dojrzałością.

Odnosząc się jeszcze do debiutu i posługując kontrastami, na nowym albumie uświadczymy więcej przestrzeni i łagodnych ambientowych brzmień niż całej ferii barw zatopionych w wyrazistych groove’ach. Poszczególne kompozycje uległy wydłużeniu, dwu i trzyminutowe miniatury zastąpione zostały siedmio a nawet dziesięciominutowymi kompozycjami (Lately), które w powolny i przemyślany sposób wciągają słuchacza w kolejne stadia rozwoju. Z jednej strony straciliśmy więc niemal całkowicie element zaskoczenia, który nawet w przypadku kompozycji rozpoczynających się od wyrazistego rytmu (All I want) został zgubiony, z drugiej strony otrzymaliśmy piękne brzmienia retro syntezatorów i całą masę delikatnych ozdobników przewijających się w tle. Dzięki temu cały materiał zyskuje na spójności, każda zmiana w obrębie danego utworu jest precyzyjnie zaplanowana, nic nie dzieje się tu przypadkowo. Dodatkowym atutem jest także bardzo zręczne rozłożenie ciężaru dynamicznego pomiędzy poszczególnymi ścieżkami.

Trudno wychwycić na nowym albumie londyńczyka słabsze momenty czy jakiekolwiek niedociągnięcia, płyta jest po prostu bardzo równa, a jeśli kogoś nudzą mocno rozciągnięte kompozycje i poszukuje momentów, które zatrzęsłyby parkietem, to nie spędzi z nowym krążkiem zbyt wiele czasu. Nie ma tu miejsca na uzewnętrznianie emocji, jest własny micro-house’owy styl i spokojna wędrówka do wnętrza. Jakkolwiek nie interpretować tytułu, wnętrze to wnętrze.