komentarzy

Foals – Total Life Forever

Muszę przyznać, że na twórczość oksfordzkiej grupy Foals trafiłem całkowicie przypadkowo. Można mi spokojnie zarzucić, iż było to moje niesamowite niedopatrzenie. Nie tylko tamtego roku lecz ponad dwóch lat mego życia, za które powinienem bić się w pierś. Zrobiłbym tak, gdyby nie przeszkadzało mi to w pisaniu.

Nie kojarzyłem ich w ogóle, dopóki nie obejrzałem brytyjskiego serialu Misfits, który to zresztą oczarował mnie bez reszty. Przede wszystkim poczuciem humoru (nie jest ono głupie i nachalne, jak to zwykle ostatnimi czasy bywa w telewizyjnych produkcjach) i dystansem twórców co do opowiadanej fabuły. W tymże właśnie serialu przewija się naprawdę dużo dobrej muzyki, pochodzącej z Wysp Brytyjskich. Natknąłem się w nim na utwór, który w szczególności przypadł mi do gustu, a był to właśnie kawałek Foals – Spanish Sahara. Po częstym młóceniu go przeze mnie na youtube , stwierdziłem że muszę się dostać do ich całego albumu. I tak właśnie dochodzimy do recenzji płyty pod tytułem Total Life Forever.

Jestem niesamowicie zdziwiony, że ta płyta jest zaledwie drugą w dorobku Foals. Przede wszystkim  dlatego, że działająca muzycznie na granicy math – rocka a indie rocka już tak szybko i doskonale połączyła  „wykalkulowany” klimat z żywiołowością. Ich pierwsza płyta (jakże inna od najnowszej) była nieukierunkowaną, bardziej taneczną, spontaniczną energią. Ta znów wieje przyjemnym chłodem, który jednak pozwala w sobie wyzwolić gorące emocje. Dzięki mieszance gitarowego grania i matematycznych dźwięków elektronicznych instrumentów Foals stworzyli album bardziej refleksyjny  aniżeli pierwszy, jednakże nie pozbawiony szybkości i dynamiki.

Dodatkowym walorem tejże płyty jest jej uzależniająca siła. Po pierwszym albo drugim przesłuchaniu zaledwie muśniemy klimat, który przedstawił nam Yannis Philippakis (skądinąd dawno barwa męskiego głosu nie spodobała mi się tak, jak jego) z ekipą, natomiast po każdym kolejnym będziemy zanurzać się coraz głębiej w świat przez nich stworzony. I to z równie wielką satysfakcją jakbyśmy mieli zanurzyć się do wody na jakiejś wyspie Morza Karaibskiego.

Wymienianie dobrych utworów na tym albumie nie ma sensu, gdyż prawie do żadnego nie jestem w stanie się przyczepić, że obniża lot całości płyty. Może zatem tylko wyróżnię te, które chodzą za mną non stop i nie mam ochoty się od nich wyzwolić. Zaznaczyłbym wymieniony wcześniej Spanish Sahara (jak ten kawałek się pięknie rozwija, ponad 6 i pół minuty wspaniałego narastania emocji) ,Total Life Forever i After Glow (jak i muzyka tak i wspaniały tekst, który mu towarzyszy, stety lub niestety jest bardzo pasujący do mojego obecnego nastroju). Moim zdaniem jest to jedna z lepszych płyt zeszłego roku i wiem już, że na następne produkcję Źrebaków będę czekał z zapartym tchem.

Grzegorz Paluchowski