komentarzy

Flying Lotus – Cosmogramma

Płyta tygodnia nie musi być płytą wybitną. Powinna być płytą ważną, taką której wielu wyczekiwało. Niestety oczekiwania nie zawsze zostają zaspokojone. Tak jest w przypadku nowego dzieła Flying Lotusa.

Cosmogramma ukazuje się dwa lata po świetnym Los Angeles. Steven Ellison miał trudne zadanie przebicia jednego z najlepszych (a według wielu rankingów najlepszego) albumu 2008 roku. No i nie udało się. W wywiadach przed wydaniem nowej płyty Ellison zarzekał się, że teraz (po sukcesie Los Angeles) nie odczuwa żadnej presji ze strony wytwórni i może robić, co tylko mu się podoba. Sądząc po efektach, pewna presja by się jednak przydała.

Nowa płyta Amerykanina jest przede wszystkim chaotyczna. Ciągnące się, wielowarstwowe utwory z LA zostały zastąpione galopującymi beatami i ośmiobitowymi syntezatorami. Już otwierający płytę Clock Catcher informuje nas, że FlyLo obrał zupełnie nową drogę. Zamiast trzeszczenia winyli pojawia się harfa Rebeki Raff czy szalone partie basu. Glitch przeplata się z jazzem a zsamplowana Halina Kunicka z odgłosami ping ponga… Coraz trudniej przypiąć Lotusowi łatkę „instrumentalny hip-hop”, ponieważ niektóre utwory nie mają zbyt wiele z hip-hopem wspólnego (Arkestry, German Haircut).

Na płytę składa się aż 17 numerów, ale całość trwa zaledwie 42 minuty. W efekcie dostajemy kilkanaście trwających minutę lub dwie wycinków (bo trudno nazywać je pełnoprawnymi utworami), które brzmią jak, na chybił trafił powyciągane, fragmenty setu Ellisona. Zdarzają się wśród nich perełki (Zodiac Shit, Galaxy in Janaki) ale dominuje chaos.

Wielkie nadzieje wiązano ze współpracą z Thomem Yorkiem, ale tu też nie ma rewelacji. …And the World Laughs with You jest najdłuższy na płycie (podzielony jednak na dwie niezwiązane ze sobą części) i nie zachwyca. Lepiej wypada kolaboracja z Laurą Darlington, która swoim pięknym głosem opatrzyła utwór Table Tennis. Tylko po co tam te odgłosy ping-ponga?

Cosmogramma na pewno jest płyta ważną, głównie dlatego, że następuje po Los Angeles. Flying Lotusowi należy się duży plus za nieoglądanie się za siebie i nagrywanie tego co mu w duszy gra. Inna sprawa, że to co gra jemu, niekoniecznie musi grac innym.

Krzysiek Sokalla