florence
komentarzy

Florence + the Machine – How Big, How Blue, How Beautiful [Island Records, 2015]

Wiele już zostało powiedziane na temat nowej odsłony Florence + the Machine. Że to ciągle stara, dobra, niepodrabialna Flo, a z drugiej strony – że jakoś tak bardziej intymnie, bardziej szczerze, wzruszająco. Nie sposób się z tymi głosami nie zgodzić. Szczerość to niewątpliwie największy atut How Big, How Blue, How Beautiful. Artystka grała w otwarte karty z publiką na długo przed premierą płyty – na singiel wybrała utwór, który ową płytę rozpoczyna. Prosto zaaranżowane, mocne, a jednocześnie po dziewczyńsku niepewne i rozedrgane Ship to Wreck. Piosenka, pomimo tekstu traktującego o wewnętrznej kruchości i braku poczucia bezpieczeństwa, posiada ten sam mianownik co Lungs i Ceremonials – albumy rozbuchane pod względem produkcji, z barokowymi aranżami, onieśmielające i monumentalne. Nie ma gwałtownych zwrotów, odrzucania osobowości wykreowanej pieczołowicie na potrzeby promocji. Jest szczerość, odsłonięcie się, ukazanie delikatniejszej strony – czy może zaakcentowanie jej.

Do tej pory Florence komponowała nie tylko typowo radiowe hity, ale też chwytające za gardło piosenki – wyznania; te jednak pozostawały w cieniu bardziej charakternych singli. Na HBHBHB czułość artystki wychodzi na światło dzienne, co raz to mocniej dając odbiorcy do zrozumienia, że Florence Welch nie jest tylko sceniczną posągową boginią, ale – przede wszystkim – kobietą, pełną ambiwalencji, błądzącą we własnym życiu. Tydzień temu w programie w radiowej Trójce Welch opowiadała o kulisach powstawania płyty i swojej życiowej sytuacji: związkach, przeprowadzkach, konfliktach, jakie miały miejsce podczas pracy nad albumem. Z tego wywiadu wyłoniła się nagle osoba, z którą bez problemu można się utożsamić. Może dlatego trudno mi jest obiektywnie pisać o tym krążku, skoncentrować się na ewentualnych słabościach (no cóż, nie obyło się bez autocytatów i manieryczności – ale to chyba cena tak wyrazistego image’u). Flo tak otwarcie mówi o własnych lękach i wadach, że koncentrowanie się na drobnych technicznych minusach wydaje się być małostkowością. Bo i How Blue, How Big, How Beautiful jest płytą po prostu dobrą i bardzo równą. Począwszy od singli – wspomnianego wcześniej Ship to Wreck, What Kind of Man czy Delilah – po delikatne kompozycje – perełki (jak wyciszone, zadziwiająco introwertyczne Long & Lost), wszystko tu wydaje się być na swoim miejscu, opowiedziane w taki sposób, jaki Welch wcześniej sobie wymyśliła. W trójkowym wywiadzie wspominała kilkakrotnie, że podczas nagrywania zdarzało się jej despotycznie odrzucać pomysły producenta i wcielać w życie tylko własne koncepcje. Nie obyło się bez trudności: nieosłonięta intymność wokali w kilku utworach przerastała Florence do tego stopnia, że była bliska rezygnacji z ich opublikowania na krążku. Jej kruchość nabrała mimo wszystko cech nadludzkiej mocy: stała się dodatkowym zmysłem, tytułowym trzecim okiem z Third Eye, które pozwala postrzegać rzeczywistość pełniej.

Flo zdecydowanie dojrzała od czasu premiery Ceremonials. HBHBHB to owoc kilku lat poszukiwania prawdy o samej sobie i ostatecznego pogodzenia się ze sprzecznościami ludzkiej natury. Bez wyrzekania się poprzednich osiągnięć, artystka ujawniła swe najdelikatniejsze cechy – i ta bezpośredniość, chwilami bolesna i przejmująca, okazała się być strzałem w dziesiątkę.