komentarzy

Fleet Foxes – Helplessness Blues

Nie wiem, gdzie tkwi błąd i czy w ogóle o błędzie należy mówić w tej szczególnej sytuacji. Oto mamy przed sobą zespół, który po wydaniu doskonałego debiutu, staje przed dokonaniem trudnego wyboru, z którym musi zmagać się każdy band w tym okresie swojej działalności. Mianowicie – kontynuować nurt obrany na pierwszym wydawnictwie, czy uznać, że dotarło się do celu i czas na zmianę destynacji.

Fleet Foxes na Helplessness Blues zdecydowanie wybrali się w kolejną podróż, co w ich przypadku oznacza raczej wyjście z przysypanej śniegiem leśniczówki na otwarte stepy i zbliżenie się do brzmienia uchwyconego, jakby przy legendarnej Route 66. Jednak w ostatecznym rozrachunku, wcale nie jest tak łatwo stwierdzić jak bardzo muzyczna preria broni się przed atakiem zimy z debiutu. Jednego jestem jednak pewien, nie chciałbym słuchać w tym momencie płyty, która zawiera sequel, bardzo nonszalanckiego skąd inąd, White Winter Hymnal.
Bo i po co?

Wszystko jest tutaj pozornie na swoim miejscu. Folkowe tradycje zachowane, pobrzdękiwanie delikatnych akustycznych partii w tle jest, mnóstwo nienagannych melodii również, do wokalu Robina Pecknolda nie można mieć żadnych zastrzeżeń, a dramaturgia utrzymana została na poziomie Yellow House i to w najgorszym razie. Co jednak sprawia, że utwory te, z nielicznymi oczywiście wyjątkami, nie zapisują się kompletnie w pamięci, to absolutny brak tajemnicy. Każdy kto pamięta klip do przywołanego już wcześniej White Winter Hymnal, wie o czym mówię. Ten drobny szczegół sprawia, że Helplessness Blues wydaje się być przygotowaną potężną dawką C4, która pozbawiona jest jednak detonatora, który posiadał debiut. Wiadomo, takie kawałki, jak The Plains / Bitter Dancer (mój osobisty faworyt), czy Lorelai rzucone w eter bronią się same przez się, jednak to trochę za mało, aby móc krzyknąć „Hejże, mamy 8.8 na pitchforku, możemy wszystko!” Owszem, dużo, jednak na pewno nie wszystko. Nie zmienia to jednak faktu, że psioczyć może każdy, a Helplessness Blues, mimo braku odpowiedniego napięcia emocjonalno-poznawczego, jest bez dwóch zdań jedną z lepszych pozycji tego roku i każdy, kto tego Amerykanom odmawia, powinien posłuchać tego wydawnictwa raz jeszcze i tak do skutku, bo zarówno merytorycznie, jak i produkcyjnie broni się ono doskonale!

Jacek Ziobroń