12196092_1183155068366663_2655169313413895437_n
komentarzy

Fismoll (25.10.2015/Szuflada 15/Chorzów)

Jakieś dwa lata z hakiem, grzebiąc w czeluściach polskiej skarbnicy plików (legalnych oraz tych mniej) natknąłem się na wykrzykniki przy jednym z polskich wykonawców. Znajdowały się tam utwory w paskudnej jakości jakiegoś polaka smędzącego po angielsku. Gdzieś tam pod czaszką zaskoczył element szemrzący coś o zapamiętaniu nazwy zespołu. Tak czasami jest. Zwykle się nie myliłem w tej kwestii.

W ferworze pracy, nie planując tego wcześniej, zupełnie spontanicznie nabyłem bilet na Fismolla. Chłop grał 25go października w chorzowskiej Szufladzie. Obyty z kilkoma utworami z pudełka z piórami, zapętlając przy tym trzy, czułem się całkiem gotowy na zmierzenie z tym gościem.

Posturą nie porażał, ubrany w sweterek, dresowe spodnie i rozwiany włos. Wyszli z garderoby mieszczącej się na półpiętrze, mijając bezceremonialnie barachło siedzące na schodach i nie pozwalające przejść artystom. Koleżanka siedząca obok w oczach miała błysk, ręka wykonała ruch jakby Arka dotknąć chciała. Hiz lajk a myrakl – mówiły jej oczy. Start był natychmiastowy. Złapali za instrumenty, zaczęli grać.

Głos ten sam, brzmienie silniejsze z racji grania na żywo. Więcej perkusyjnych historii (momentami opartej na podobnym schemacie – wchodzenia w połowie utworu), mocniej wybita wiolonczela i bas. Dziewięć gitar, czterech chłopa oraz jedna kobitka, notabene siostra wokalisty.

Popadam być może w jakąś skrajność, ale rzeczywiście niezmiernie pływała ta muzyka. Snuła się, była wyjątkowo urokliwa, momentami zlewała się tworząc magmę, wprowadzając w trans przerywany konferansjerką (?) Arka, który ze stoickim spokojem opowiadał (!) o czym są utwory, przeplatając suche fakty anegdotami. O dziadku, byciu „niedobrym facetem”, o momencie leżenia na łóżku tuż przed snem, o pamięci o tych którzy odeszli. Sympatyczna, mała bestia, potwornie skromna, choć jak sam przyznał – egoistą jest wielkim w kwestii muzyki.

A momenty poza anegdotami? Piękne (wykonany na bis Song of Songs, na którym wzruszało nawet drzewo na wizualach), przejmujące (przeszywający Cracking Ground), porywające (brawurowe wykonanie Tales), a momentami nawet dowcipne („Kacper zwrócił mi uwagę, że gram w złej tonacji. Cały czas dążę do profesjonalizmu” czy „przepraszam, że zdjąłem sweter, nie mam bica”).
To nie żadne szufladkowanie z tym moim „nawet”. Fismoll nie gra muzyki pozytywnie szalonej, jak Brodka. Na koncertach nie uśmiechasz się jak głupi, bo dobrze się bawisz. Poddajesz się za to niewiarygodnej magii płynącej z muzyki, która (jak sam Arek zwrócił uwagę) jest czymś więcej niż tylko zabawą. Ekipa dałą naprawdę kawał dobrej sztuki. Pluję sobie niemiłosiernie w brodę, że absolutnie olałem jego debiut. Nadrabiam ostatnio z nawiązką. Dziękuje, że dzięki wam przeżyłem naprawde wyjątkowy wieczór.