honeybear
komentarzy

Father John Misty – I Love You, Honeybear [Sub Pop; 2015]

Father John Misty to alter ego muzyka znanego w rzeczywistości jako Joshua Tillman. Amerykanin ma już na koncie dziesięć długograjów, z czego trzy wydane pod pseudonimem widniejącym w tytule recenzji. I to właśnie ostatnim z tworów sygnowanych nazwą Ojca Johna Misty’ego zajmę się w tej recenzji. Mowa o I Love You, Honeybear, jednym z najprzyjemniejszych okołofolkowych wydawnictw ostatniej dekady.

Być może zasadniczy spoiler zawarty w pierwszej części recki był strzałem w kolano, ale – jakby nie było – Joshua Tillman musiałby się mocno postarać, aby zepsuć robotę i wydać niekompletne dzieło. O ile poprzednie wydawnictwa, czy to wydane pod realnym nazwiskiem muzyka, czy to opatrzone pseudonimem, niezależnie od poruszającej warstwy instrumentalnej i lirycznej (tak, Tillman to niepisany baron tekstów), były zaledwie pretekstem do spełnienia wybujałych ambicji i marzeń w kwestii utworów. Co rzucało się na nich w oczy, to masa ozdobnictwa i momentami abstrakcyjny przesyt poetyzmem, który w końcu wychodził bokiem. Świeże i jeszcze ciepłe I Love You, Honeybear spowodowało miniaturowy zawał u każdego z zainteresowanych i optymalnie zaznajomionych z przeszłą twórczością Tillmana. Prostota jest słowem, które bardziej niż dosadnie oddało zamysł contentu zawartego na czterdziestopięciominutowym krążku. Pomimo ujednolicenia sposobu przekazu, on sam pozostał niezmieniony, a czasami wręcz silniejszy i bardziej przekonujący niż dawniej.

Tillman momentami sprowadza prostotę w obszary prostactwa – bawi się pojęciem, by za pomocą tej genialnej manipulacji oddać pewne uczucia i emocje w sposób po stokroć bardziej przekonujący, niż gdyby zastosował tu (setny już raz) te same oklepane frazesy obudowane mozolnie płynącym dźwiękiem akustyka. W wyniku impaktu emocjonalności i prostoty powstała mieszanka bez dwóch zdań wyjątkowa.  Na pierwszy ogień rzuca się utwór tytułowy, który melodycznie i instrumentalnie brzmi niemalże jak (usuńcie wokal i zapomnijcie o wszelkich przedziwnych dokonaniach Douglasa Pearce’a) Death in June z Rose Clouds of Holocaust. To właśnie ten folk, to właśnie ta kategoria. Diabeł tkwi w szczegółach, którymi to szczegółami jest tutaj tekst utworu – Tillman dowodzi swojego geniuszu w tej kwestii. I Love You, Honeybear jest poświęcone żonie muzyka, Emmie.  Ich miłość jest tutaj przedstawiona przez pryzmat bliskości cielesnej, a także trudu związanego z byciem partnerką Tillmana. W łóżku znajduje się (w wolnym tłumaczeniu) „maskara, krew, popiół (J.T. nie oszczędzał na używkach) i nasienie”, a oni „szczytują podczas gdy światowy rynek upada”. Piękne. I jakie proste. Swoją drogą, utwór ten znajdował się na koncertowej setliście FJM od 2012, jednak szczęśliwie w końcu znalazł swe ujście na albumie. I cóż, warto było czekać.

W zasadzie cała płyta jest hołdem skierowanym w stronę Emmy*. Holy Shit to uroczy i chwytliwy akustyczny utwór, będący zarazem portretem psychologicznym Tillmana sprzed ślubu. Tak jest, tytuł wyraża jego zachwyt nad samym wydarzeniem. When You’re Smiling And Astride Me w niespodziewany sposób wyłamuje się, jednak tylko kompozycyjnie. To gospelowe „coś”, które momentami wybornie przeplata psychodelę z folkowym ładem. Tematem jest, niespodzianka, Emma. Nie, to nie miało w żaden sposób zabrzmieć ironicznie. Jestem raczej pełen podziwu dla tego, jak jeden temat można podejść z wielu stron i spojrzeć na niego z wielu perspektyw tak, aby pomimo pewnej dozy powtarzalności, wciąż chwytał i nakłaniał do odsłuchu. Bo taki właśnie jest ten album – bezkompromisowy. Prosty przekaz kryje się pod najprostszymi możliwymi słowami, a co najważniejsze, historia ta opatrzona została bezbłędną ścieżką dźwiękową. Jeśli tak miałaby wyglądać nowoczesna poezja śpiewana, to jak najbardziej chcę zostać jej fanem.

* – Wyjątkiem jest Bored in the USA – satyra nie tylko na utwór Springsteena, ale i na wszystkie rozrywki i styl życia średniej klasy społeczeństwa amerykańskiego. Brutalne, ale zapewne (jak cały album) szczere.