Faith-No-More-Sol-Invictus
komentarzy

Faith No More – Sol Invictus (Ipecac Recordings; 2015)

Kiedy przychodzi czas odsłuchu albumów powracających legend, zawsze pojawiają się obawy, czy to w ogóle jeszcze ma sens? Czy powrót po osiemnastu latach to szansa na odcięcie dużego kuponu czy może jednak inicjatywa poparta czystymi intencjami? W recenzjach tego typu premier zawsze przewija się mieszanka przesadnych zachwytów wraz z falą, z góry uprzedzonej krytyki. Jak jest w przypadku eklektycznej grupy z San Francisco? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, bowiem na Sol Invictus słychać wszystkie poprzednie albumy Faith No More, a jednocześnie nowy krążek nie jest zauważalnie zbliżony do żadnego z nich. Zupełnie tak jakby muzycy poddali wszystkie stare kompozycje gruntownej syntezie i wzbogacili dotychczasowy dorobek o lata solowych doświadczeń, które nastąpiły po rozpadzie grupy w 1998 roku.

Największa aktywność na tym polu oczywiście należy do Mika Pattona, który przez ostatnie kilkanaście lat zdołał zaangażować się w kilkanaście projektów i zaznaczyć swój udział na blisko stu wydawnictwach. To wszystko co stanowi o historii grupy i o jej dorobku zostało przetransponowane na niespełna czterdzieści minut materiału pełnego przestrzeni, o której bardzo często w najnowszych wywiadach wspomina basista – Bill Gould. Ta przestrzeń wyrażona w brzmieniu klawiszy już od pierwszych sekund kompozycji tytułowej, ewoluuje przez wszystkie zawarte na krążku kompozycje i przyjmuje najróżniejsze formy. Owa przestrzeń jest tu elementem kluczowym i w mojej ocenie decydującym o wyjątkowości całego materiału.

Krótki czas albumu, może nieco rozczarowywać fanów najbardziej stęsknionych przez wszystkie lata wyczekiwania na premierę, ale biorąc pod uwagę sporą różnorodność materiału – co zresztą od zawsze było charakterystyczne dla Faith No More – jest to dystans najbardziej optymalny. Dzięki temu otrzymujemy skondensowaną mieszankę eklektycznych dźwięków i co najważniejsze wokali wyśrubowanych przez Pattona do granic perfekcji. To z jaką płynnością wokalista panuje nad głosem przechodząc od szeptu do krzyku, jest godne podziwu i od dwóch dekad nie straciło na sile. Wystarczy wsłuchać się w drugi singiel promujący najnowsze wydawnictwo – utwór „Superhero” atakuje słuchacza potężnym riffem, po którym niczym seria z karabinu, w głośnikach pojawiają się wykrzyczane, urywane głoski a następnie bliskie growlowi – kojarzące się z manierą Daniego Filtha – zwrotki zwieńczone melodyjnym refrenem, który spokojnie mógłby pojawić się na któreś z płyt Audioslave. Kompozycja złożona, wielopoziomowa, dzięki perkusji i klawiszom trzyma niesamowite tempo i stanowi ukłon w kierunku Angel Dust.

Faith No More

Doszlifowane partie wokali, zarówno te pogrążone w momentach zgiełku i muzycznego chaosu jak i te najlepiej zapadające w pamięć – doskonale korespondują ze sobą. Mnóstwo tu zwrotów akcji i zmian nastroju, co doskonale słychać w utworze „Matador” – ponad sześciominutowa struktura utworu, pełna rozmachu i rozwiązań niespotykanych dotychczas u Faith No More, jest jednym z najistotniejszych momentów na nowym albumie. Co ciekawe kompozycja ta powstała już dość dawno, zespół prezentował ją podczas koncertów w 2012 roku. Panowie sięgnęli także po gitary akustyczne, najpierw w szybkim i krzykliwym „Black friday”, a swoje nowe dzieło zwieńczyli przepiękną i ironiczną w warstwie tekstowej balladą „From the dead”.

Pomimo tego, że Sol Invictus nie jest albumem wybitnym ani ponadczasowym, a już na pewno nie należy dokonywać jego oceny porównując wprost z płytami poprzednimi, to jednak jest to Faith No More w szczytowej formie. Marszowe tempa wybijane przez Bordina i szaleńcze klawisze Bottuma dają poczucie pewności, że słuchamy właśnie tej a nie innej formacji. Podświadomie czuję, że wydawniczy powrót po osiemnastu latach przerwy to tylko jeden z przystanków na dalszej drodze zespołu. Nie zdziwiłbym się gdyby za dwa lata panowie ogłosili kolejną premierę.