komentarzy

Eskmo – Eskmo

Specjalizujący się od lat w dźwiękach nieco bardziej tanecznych, Brendan Angelides czyli Eskmo wydał właśnie nowy album zatytułowany po prostu Eskmo. Nie jest on zwykłą kontynuacją poprzednich dokonań, ale nie jest też, jak chcieliby recenzenci, objawieniem nowego stylu, ani tym bardziej zagrożeniem dla Flying Lotusa.

Album Eskmo to raczej powrót do pierwszej płyty i treści jakie wtedy ze sobą niosła. Podobieństwa z materiałem wydanym dziesięć lat temu są niełatwe do przytoczenia bo z prędkością światła zmieniły się i sprzęt i technologia. Jednak podróż wgłąb siebie odbywa się cały czas tymi samymi drogami, a dekada spędzona na scenie jest ku temu najlepszym powodem. Artysta robi sobie przerwę, znika, wyjeżdża, robi sobie wakacje. Ten czas odpoczynku od parkietowych łamańców owocuje albumem, którego głębię przekazu i zaangażowanie artysty słychać już w pierwszych dźwiękach. Możliwe że ma to wpływ niesamowicie nagrany wokal i tych kilka słów składających się na tekst to otwierającego płytę Cloudlight.

„Floating and magically colorful pieces of sky, Pieces of skylight.“

Od razu wiadomo, że będziemy raczej powoli spacerować i obserwować niebo niż tańczyć. Brandon wydawał już w Ancestor, Mothership, Planet Mu, Warp i Ninja Tune (najnowszy album u tych ostatnich) i z tą muzyką aktualnie najbardziej tam pasuje. Zmianą stylu artysta wytycza sobie nową ścieżkę na scenie elektronicznej. Odnajduje się na niej ze swoimi dźwiękami bardzo dobrze, nie ustępując w niczym młodszym kolegom. Paradoksalnie nie odkrywa dla siebie niczego nowego, a tylko przekłada język, którym mówi od dawna na to co dziś się gra lub może (lepiej to zabrzmi) z czym się dziś eksperymentuje.

Dzieje się tutaj niewiarygodnie dużo, gęsta mgła dźwięków osiada powoli na wszystkim i co najważniejsze nie jest to gwałtowny proces. Wdziera się ona powoli, pochłaniając słuchacza i dobierając się do jego wnętrza. Zapewne właśnie to twórca chciał osiągnąć. Zafundował nam możliwość podróży wgłąb siebie, zaprawiając całość lekką, ale sugestywną narracją.

Dla tych co wolą jednak większe wyzwania polecam zestawić Eskmo z Flying Lotusem i posłuchać obydwu panów pod kątem małej rywalizacji. Zobaczymy którego włączymy ponownie, a nasze uszy tylko na tym zyskają.

MarciN