empire-of-the-sun-walking-on-a-dream1
komentarzy

Empire of the Sun – Walking on a Dream

Tendencja recenzentów do nazywania czarnego białym, na potrzebę chwili, lub też pod wpływem chwili (cały czas chcę wierzyć że to euforia, a nie pieniądze tym rządzą), troszkę mnie niepokoi. Nieraz już słynny NME, krzyczał wniebogłosy hasła typu ODKRYCIE ROKU, NASTĘPCA (tu nazwa jakiegoś istotnego wykonawcy), NADZIEJA ROKU, DEKADY. Można się w tych nadziejach pogubić. Inną sprawą jest oczywiście, czysto marketingowe podejście do tych wszystkich odkryć i nowych wielkich nieśmiertelnych. Oczywistym jest, że reklama dźwignią handlu, więc nawet "kuppę we słoiku" sprzedać się da.

No właśnie, tak się zastanawiam, czy Empire Of The Sun, to przypadkiem nie odpad, który ktoś postanowił ładnie opakować i puścić w obieg. Dziwnie się czuję słuchając tej płyty. Z jednej strony singlowy We Are The People, który akurat pozostawia cholernie dobre wrażenie, kojarzy się trochę z Frankie Goes To Hollywood i Power of Love (mocne porównanie, pewnie niektórzy z was uznają za bardzo niezasadne, ale uważam, że linia melodyczna krąży właśnie w tych okolicach). Z drugiej głos pana Luka. Nie, nie razi mnie sposób śpiewania, co prawda brzmi jakby miał zatwardzenie i katar sienny jednocześnie, ale nie w tym rzecz. Chyba każdy się zgodzi, że muzyka na tej płycie jest tworem tanecznym. To akurat też nie jest problemem. Muzyka taneczna nie jest zła, pod warunkiem, że nie muszę się zmuszać, żeby przy niej tańczyć. Niestety Walking on a Dream od pierwszego utworu brzmi jak remake niemieckiego horroru pt. Modern Talking. Tak, Dieter Bohlen i Thomas Anders z Australii.

Na litość boską, poruszanie się na granicy kiczu jest piękne, ale tylko wtedy, kiedy ma się świadomość gdzie ta granica leży. Aż korci mnie aby przytoczyć niektóre dokonania (kłaniam się nisko) pana Mike’a Pattona. Człowiek który o kiczu wie chyba wszystko, z precyzją dyplomowanego geodety rozpoznał teren i z czegoś takiego jak włoskie szlagiery, stworzył rzecz nietuzinkową, miłą w odbiorze, nie trącącą (tak! ani trochę) kiczem. Wróćmy do pastwienia się nad przeuroczymi kosmitami. Jak już wspomniałem mimo, iż wydaje mi się, że wiem co jest nie tak z tym zespołem, słucham tej płyty już chyba 10 raz, co oznacza że mimo skreślenia dokonań Australijczyków, jest w niej coś, co nie pozwala mi przejść obok obojętnie. Płyta jest nierówna, zbyt kiczowata, pan śpiewa a nie powinien, elektronika to może i jest, ale rodem z niemieckiej dyskoteki lat 80 (oczywiście takiej futurystycznej niemieckiej dyskoteki, takiej która wie co będzie za lat 30), więc? No właśnie, wszystko co napisałem powyżej jest tak samo wadą jak i zaletą płyty. Puenta jest smutna, znowu wielkie Virgin miało nosa. Oni dobrze wiedzieli, że będę tego słuchał, że będą ich zapraszać na duże festiwale, że będą w radio i telewizji. Oni to wiedzieli, i nie przejęli się tym chociaż kicz to ogromny.

Sebastian Brzózka