komentarzy

Don’t Ask Smingus – Landslide

Z tego typu wydawnictwami mam zawsze problem. Po pierwsze nie potrafię, mimo bardzo emocjonalnego podejścia do muzyki, wyzbyć się zimnego kalkulowania. Po drugie, zawsze zastanawia mnie, niepotrzebnie być może, co będzie dalej skoro teraz jest tak.

Mam w głowie setki zespołów jednej płyty, jednego singla, po latach wspominanych raczej z sentymentalnym uśmiechem aniżeli z zachwytem. W przypadku opisywanego wydawnictwa, emocji na płycie nie brak, jesienne to emocje więc tym bardziej mi bliskie, zimna kalkulacja polega na ocenie czy kolejna płyta będzie tak dobra lub czy będzie w ogóle.

Kilka faktów. Zespół powstał w Krakowie z inicjatywy Davida Molusa (który przybył do dawnej stolicy z Wielkiej Brytanii) oraz Tomka Zapały (mieszkańca tegoż miasta). Do tego składu dołączył jeszcze Thymn Chase i tak powstał a grupa krążąca wokół około bluesowych rejonów. Do trio dołączyli jeszcze Jurek Drobot oraz Jarek Wyka. W ten o to sposób powstał zespół, który nagrał Landslide.

Wkrótce po tym, jak podzieliłem się informacją z kolegą redaktorem Marcinem, że będę pisał ten tekst, stwierdził: „To Amerykanie są, oni wiedzą jak się muzykę robi”. Wiele w tym prawdy, może poza tym, że to Amerykanie. Panowie wiedzą jak się robi muzykę, wiedzą jak chwycić za serducho i zrobić coś, co gdyby nie „brudny” głos wokalisty, krążyłoby po wszystkich listach przebojów. Mówię tu o kawałku numer dwa Laying Down Lies.

Całość to dziesięć dobrze skrojonych utworów, bez ambicji zawojowania list przebojów (może poza wyżej wspomnianym). Fascynacje graniem z okolic akustycznego grunge (jeżeli takie coś w ogóle istnieje), Dylanem lub nawet bardziej Neilem Youngiem słychać prawie w każdym kawałku. Swoją drogą mam wrażenie, że wpadają mi w ręce płyty głównie z tego gatunku. Zamiłowanie do bluesa przejawia się raczej sposobem prowadzenia partii wokalnych aniżeli samymi kompozycjami – smutne partie są wyśpiewywane jakby od niechcenia. Choć oczywiście są takie utwory jak No Tracks czy tytułowy Landslide, które nawet jeżeli kompozycjami bluesowymi nie są, to mocno nawiązują do gatunku. W zestawieniu pojawia nam się nawet jarmarczny western song (Kiss Goodnight), co należy przyznać podnosi jedynie notę dla tej płyty.

Mimo braku jakiegoś wspólnego motywu przewodniego, album brzmi zaskakująco dobrze. Chociaż nie – wspólnym mianownikiem tej płyty jest wokal. Tak, zdecydowanie po raz kolejny należy to podkreślić, głos to w tym wypadku instrument, który wybija się na pierwszy plan. Momentami można da się zwieść wrażeniu, że nad całością czuwał Travis Meeks.

Gdybym nie wiedział czego właśnie słucham, pewnie właśnie w kierunku The Days Of The New pobiegłyby moje myśli.

Podsumowując, dla wszystkich, którzy miewają takie obawy jak ja, biegnijcie do sklepu. 25zł nie majątek, a nawet gdyby kolejny album miał nigdy nie powstać, to ten na pewno dostarczy wiele radości… Na pewno więcej niż 3 piwa…

Sebastian Brzózka