12304316_1054822527882708_198162560670300793_o
komentarzy

Domowe Melodie / 28.11.2015 / Kinoteatr Rialto / Katowice

Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, gdy słowem-kluczem w niniejszej relacji będzie radość.
Jako wychowany na zimnej i nowej fali nieślubny bachor Smitha i Siouxsie mam niewiarygodny problem z przyswajaniem pozytywnego mainstreamu. Wiele zespołów spod znaku indiepopu (to nie przytyk skierowany w DM, oj nie) nie ma u mnie specjalnych względów. Nie raz złapałem się na tym, że plułem na coś wyłącznie dlatego, że nie podobał mi się uśmiechnięty pysk wokalisty. Co zrobić w momencie, kiedy ekipa Domowych Melodii nawet podczas finałowego odgrywania Północy niosła absolutnie czyste dobro opakowane w światło? Jak przebrnąć się udało o tak wielu wyznawców Melodii z muzyką ocierającą się wielokrotnie o  dziecięce przyśpiewki? Nie wyjaśnię dziś fenomenu Justyny i jej kolegów. Wspomnę zaledwie, że ten kto bywał na ich koncercie obcował z czymś wyższym i bardziej głębokim aniżeli z zabawnym zespołem łączącym doskonałe melodie z kabaretem. Nie potrafię toczyć z walki z czymś, co na starcie wykopuje pochmurne towarzystwo za bramę ich magicznego świata.  Zresztą po co?

Dominowały na koncercie w Kinoteatrze Rialto utwory z drugiej, dwupłytowej płyty „3”. Nie zabrakło jednak rzeczy, przy których zdzierało się gardło jak Buła, brawurowy Zbyszek czy odśpiewana w dużej mierze przez publikę Grażka.

Zaletą i jednocześnie wadą koncertu było podzielenie go na dwie strefy widowni – balkon oraz sala. Usadowione towarzycho poddawane było kontemplacji przerywanej co chwila salwą śmiechu. Domowe nie poprzestają na dobrej zabawie poprzez dźwięk. Relacje, jakie zachodzą między członkami zespołu to czysta chemia. Fenomenalne akcje na pograniczu performance Staszka Czyżewskiego, przebieranki czy łamanie utworu w połowie wygłupami – wszystko to składało się na znakomity spektakl niosący niewiarygodne pokłady energii.  To też właśnie sprawiało, że momentami człowiek miał chęc przeskoczyć przez balustradę i ruszyć na dół, i dać się ponieść, w trakcie takiego Techno na przykład. Nie zapominajmy o doskonałej akustyce samego miejsca. Dźwięk pysznie płynął przez ponad półtorej godziny pełne czterech bisów i oszałamiającej, radosnej atmosfery.
Wyjątkowy, bardzo ciepły wieczór, podczas którego pewien mógł być ten, który zarzucił zespołowi kiedyś działanie w obrębie konkretnej misji. Jakiej? Wywołaniu ciepła.