desiderii
komentarzy

Desiderii Marginis – Hypnosis (Cyclic Law; 2015)

Bardzo proste metody odnalazłem na zdewastowanie pogodnej aury, którą przynosi nadchodząca wielkimi krokami za oknem wiosna. Tja, zgadłeś co takiego poczyniłem.

Najpierw pogasły światła, a niebo zasnuły chmury w południe. Absolutna, nieprzenikniona szarość. Ani fragmentu jaśniejszej plamy na niebie. Przeciął tę satynę kruk, potem drugi. Spadła o kilka tonów jasność, wprowadzając więcej eksperymentalnych kwestii na mapie szarości. Tam industrialny dźwięk, tu zaś prosta sekwencja na klawiszach. Za moment soniczne wycia, podbijane trzaskiem, echem odbijanym. Czy mamy tu do czynienia z jakąkolwiek formą jasnej i przewidywalnej kompozycji? Absolutnie nie.

Opisz inaczej jeśli potrafisz dzieło dark ambientowe, opisując zaledwie dźwięk, bez próby obrazowania go w malarskiej formie. Wydumane się to może wydawać, ale jest to jednocześnie najodpowiedniejsza forma prezentacji takiej muzyki.

Nowy album Desiderii Marginis jednych znuży, innych wprowadzi w stan bliski absolutu kontemplacyjnego, za sprawą pojedynczych dźwięków gitary w Paralysis, rozkosznie brzmiących ulew w Rain On Your Dreams, dwóch kolejnych po sobie bliźniaczych kompozycji przynoszących głuchy ambient zza ściany, wywołującego dreszcze The Monkey God za sprawą przeszywających sampli, czy prawie noisowego The Dividing Wall.

Spektrum brzmieniowe stosunkowo bogate, jak na ten hermetyczny gatunek – przyznaje bez bicia. Cięzko jednak nie przyznać, że przetrwanie całości za jednym posiedzeniem to wyczyn nie lada. Prawie dwie godziny (!) podzielone na dwie płyty, a wewnątrz sączący się rozkład i dźwięk zimnych mechanizmów.

Materiał, jak to na prekursora gatunku przystało jest momentami niemiłosiernie długi (co nikogo nie powinno dziwić), i sprawdza się – jak zresztą większość jego twórczości (z małymi wyjątkami) -w formie własnoręcznie wydzielonej, rozdrobnionej. Sensu rozkładania materiału na dwie płyty nie widzę. Przez chwile wszak zdaje się, że od trzydziestu minut leci te sam utwór/dźwięk – a to już czwarty track. Coś nie tak?

Puść sobie, wyłącz głowę, pokontempluj. Na raz bardzo smaczne to wszak, no i pamiętaj, żeby nie analizować stanów psychicznych twórcy Desiderii Marginis – Johan Levin ma się całkiem dobrze.