komentarzy

Deru – Say Goodbye To Useless

Czasem bywa tak, że po kilkunastu odsłuchaniach płyty zapętlonej w odtwarzaczu mam tak totalnie dość, że na samą myśl o niej robi mi się niedobrze. Wiem, wiem – tak się nie robi, bo wtedy dzieje się to samo, co z kawałkami puszczanymi w radiu, kiedy to, choć na początku wydawały się nawet przyjemne, to jednostajne ich odtwarzanie uczyniło je najgorszą torturą.  Tak się akurat zdarzyło, że w momencie kiedy Deru stało się w naszym serwisie płytą tygodnia, ja znalazłem się w miejscu, w którym miałem ze sobą tylko ten jeden album.

Deru, a właściwie Benjamin Wynn rozpoczął swoją muzyczną podróż od zabawy z hip-hopem. W szkole średniej  miksował, ciął i sklejał, jednak to, co u niektórych kończy się na amatorskim odtwarzaniu za garażem ojca u niego poszło o wiele dalej. Potraktował to zajęcie na tyle zawodowo, że niedługo później był twórcą muzyki do serialu Avatar, zrealizowanego przez stację Nickelodeon, a jeden z jego projektów powstał we współpracy z kompozytorem Jobym Talbotem z Paris Opera Ballet. Mimo że wspina się na najwyższe muzyczne szczeble, to echa jego najstarszych, licealnych mix-tape’ów można ciągle usłyszeć nawet w najnowszych kompozycjach.

Piąta płyta, zatytułowana Say Goodbye To Useless ukazuje się 9 marca nakładem wytwórni Mush Records, a wydana nieco wcześniej epka Peanut Butter & Patience dostępna jest już od stycznia, niestety tylko w serwisie iTunes.

Album rozpoczyna się doskonałym francuskim wokalem, który winylowymi trzaskami zabiera nas w czasy minione, a że Deru jest twórcą szkolonym muzycznie, wie co robi. Takie też mroczne  wrażenie pozostaje przez całą płytę. Po za tym bardziej niż kiedykolwiek mam wrażenie, że ktoś robi eksperyment na moim umyśle, na dodatek prawdopodobnie zostałem uprowadzony. Szarpnięciami i tarciami, umykającym gdzieś rytmem błyska niczym światłem stroboskopowym we wrażliwe spojówki. Momentami robi się kompozycyjnie nieco przewidywalnie, traktujemy to jako chwilę litościwego odpoczynku. Od tego abyśmy nie zapomnieli o hip-hopowych korzeniach są takie utwory jak Basically, Fuck You, czy Days i Then. Dominująca zaś w kawałek Fadeaway, partia instrumentów dętych drewnianych udowadnia tylko zdolności kompozytorskie Wynna. W zupełniej przeciwwadze tego stają fragmenty płyty, gdzie muzyka brzmi tylko jak próbka jakiegoś większego zamysłu. Być może jest to coś na kształt lubianych przez Bena filmowych miniatur. Ambientowy, pożegnalny utwór Goodbye spokojnie wieńczy  płytę i po tych eksperymentach czujemy się jak by zostawiono nas w szczerym polu, nie wyjaśniając, co dokładnie się stało. Warto śledzić listy wykonawców na tegorocznych festiwalach w Polsce, bo naprawdę nie ma już artysty, nawet zza oceanu, którego nie dało by się zaprosić. Być może będzie szansa zapytać o to sprawcę tego porwania.

MarciN.