[www.derrickmay.com linktext:Derrick May]
komentarzy

Derrick May – Muzyka Techno to gruba dziwka na diecie

Derrick May jest postacią nietuzinkową. W latach osiemdziesiątych z dwoma szkolnymi przyjaciółmi, Juanem Atkinsem i Kevinem Saundersonem, stworzył nowy gatunek muzyki elektronicznej. Trzej młodzi artyści zafascynowani futuryzmem, wspartym podziwem dla nabierającego szalonego tempa rozwoju technologicznego, nazwali swoją muzykę po prostu Techno. Potem, głównie za sprawą May’a, ta nowa muzyka zdobyła ogromną popularność na parkietach większych amerykańskich miast. Następnie Techno dotarło do Europy. Za to także odpowiedzialny jest głównie May.

Po Europie przyszła kolej na Japonię, a potem na cały zapatrzony w kulturę zachodnią świat. Wtedy May zaczął krytycznym okiem spoglądać na to, co stało się z muzyką, którą tak kiedyś kochał. Techno straciło swój wysublimowany smak, a wyrosła wokół niego nowa kultura klubowa stała się niestrawną mieszanką hedonizmu, narkotyków, komercji i sztuczności. Pomimo tego jednak Derrick nieprzerwanie pozostaje jednym z najbardziej wziętych dj-ów na świecie. Hipokryzja? Na pewno nie. Raczej poczucie misji. May wie czym było Techno kiedyś i próbuje to zapomniane doświadczenie przekazać publiczności poszukującej autentyczności w muzyce klubowej. Może dlatego za gramofonami przypomina raczej profesora na katedrze, dającego wykład z przedmiotu „historia muzyki Detroit Techno”.

May wydał bardzo niewiele swoich produkcji. Większość z nich sygnowana była pseudonimami Rhythim Is Rhythim i Mayday. W okresie od 1987 do 1990 roku, światło dzienne ujrzały klasyczne teraz utwory Nude Photo, Strings Of Life, It Is What It Is, Beyond The Dance i The Beginning. Za wydanie tych utworów odpowiedzialna jest działająca od 1986 roku wytwórnia Transmat, której właścicielem i założycielem jest sam May. Oficyna ta stała się później ważnym punktem na światowej mapie muzyki elektronicznej wydając nagrania takich artystów jak chociażby Octave One, Stacey Pullen, czy Aril Brikha. Rok 1991 przyniósł wydanie mini albumu Soundtrack For The Tenth Planet. W tym okresie May zdobył renomę jako bardzo utalentowany remixer utworów innych wykonawców.

W roku 1996 pojawiła się dwupłytowa kompilacja zatytułowana Innovator, prezentująca prawie cały dorobek producencki May’a. Ostatnie paręnaście lat to czas zupełnego braku producenckiej działalności May’a. Sam Derrick mówi, że nie odczuwa potrzeby produkowania muzyki i stworzy coś nowego tylko, jeśli poczuje, że będzie to coś wybitnego. Jednak te zaledwie około trzydzieści utworów, które stały się autorskim wkładem Maya w rozwój muzyki Techno, to wcale nie jest mało. Przebija z nich unikalny styl uduchowionego brzmienia, często nazywanego „Hi-tech Soul”, pełnego głębi, bogatego w organiczne dźwięki „żywych” instrumentów, głównie smyczków. Utwory May’a to pozycje obowiązkowe w muzyce elektronicznej, a fakt niewielkiej płodności artystycznej ich twórcy zdaje się być bardzo wymowny. Zupełnie jakby Derrick chciał nam powiedzieć: Lepiej robić mało, a dobrze, niż dużo i źle. Poza tym May zdaje się nie mieć czasu na tworzenie. Na swojej stronie internetowej napisał, że jego głównym celem jest walka ze słabą muzyką. To zadanie pochłania go bez reszty.

Swoją misję realizował już na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wtedy to za sprawą głównie jego zabiegów, Detroit Techno znalazło się na parkietach Chicagowskich klubów i w eterze Chicagowskich rozgłośni radiowych. Sukces w mieście słynącym z najlepszych imprez po tej stronie Atlantyku, zaowocował zainteresowaniem ze strony Neila Rushtona, szefa brytyjskiej wytwórni Ten Records. W 1988 roku za sprawą składanki Techno! The New Dance Sound Of Detroit Europa zapoznała się z nowym brzmieniem. Wtedy Derrick rozpoczął trwający praktycznie do dzisiaj maraton po klubach całego świata. Występuje bardzo często, podobnie jak dwadzieścia lat temu, gdy zapełniał parkiety Amsterdamu, Berlina i Tokio. Jednak gdzieś po drodze zmienił się charakter tych występów. Na początku chodziło o zapoznanie świata z dobrą muzyką klubową. Teraz natomiast głównym celem jest pokazanie, że ta muzyka ciągle jeszcze żyje i jest gotowa przeciwstawić się temu, co niestety stało się jej karykaturalnym obrazem. Warszawa już po raz drugi stała się punktem na trasie krucjaty May’a o przywrócenie muzyce Techno jej prawdziwego oblicza. W piątek w klubie M25 Derrick May zaprezentował prawdziwe Techno.

Niekiedy May’a nazywa się „Milesem Davisem Techno”. To na pewno porównanie na wyrost, jednak ja dostrzegam jego prawomocność, chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy tu do czynienia z jawnym nieporozumieniem. Jak to – można by zapytać – przecież Davis tyle stworzył, nagrał niezliczoną ilość albumów. A May? Tak, to słuszna uwaga. Ale nie można zapominać, że Davis był przede wszystkim mistrzem improwizacji. Podobnie jest z May’em, którego technicznie perfekcyjne sety, są w istocie jednym, wyimprowizowanym utworem Techno. Po prostu Derrick May obchodzi się z gramofonami, równie sprawnie jak Miles Davis obchodził się z trąbką. I podobnie było w miniony piątek. Po genialnym secie udało mi się namówić Derricka na krótką rozmowę.

Magnetoffon: Wraz z Juanem Atkinsem i Kevinem Saundersonem jesteś odpowiedzialny za stworzenie gatunku muzycznego nazywanego Detroit Techno. Czy wtedy, w latach osiemdziesiątych, byliście świadomi tego, że robicie coś rewolucyjnego?

Derrick May: Nie. Wydaje mi się, że nikt nie może być tego w pełni świadomy. My po prostu robiliśmy muzykę, byliśmy młodzi, byliśmy artystami. Tworzyliśmy coś magicznego, choć nie do końca wiedzieliśmy co z tym potem zrobić.

W tamtym czasie byłeś częstym gościem w Chicago.

Tak. Na początku lat osiemdziesiątych moja mama przeprowadziła się do Chicago, a ja zamieszkałem tam z nią.

Tam też poznałeś ludzi związanych ze sceną house.

Tak, ale dopiero po paru latach.

Poznałeś również brzmienie Chicago.

Od zawsze muzyka była dla mnie najważniejsza. Liczyła się tylko muzyka, a nie to, kto ją tworzy.

Czy pojawiła się wtedy współpraca między obiema scenami – Detroit i Chicago?

Nasza współpraca z artystami z Chicago rozpoczęła się, kiedy zaczęliśmy wydawać nasze produkcje. Chłopaki z Chicago bardzo nam wtedy pomogli. Bez nich nigdy by nam się nie udało przebić. Oni puszczali naszą muzykę i dzięki nim mogliśmy sprzedawać nasze płyty w Chicago. Sprzedawaliśmy ich tam tysiące. Znajomość z Farley’em, Stevem Hurley’em, Chip-E, i innymi artystami tej sceny, była wspaniałym doświadczeniem. Wtedy nie była zamieszana w to żadna polityka czy rywalizacja. Odbywało się to raczej na zasadzie: „wy robicie dobrą muzykę i my robimy dobrą muzykę i jest fajnie.” To były piękne czasy, byliśmy wtedy za młodzi, żeby dbać o politykę. Nie myśleliśmy wtedy o tym całym gównie.

Czy, twoim zdaniem, można mówić o obustronnym wpływie muzycznym twórczości pochodzącej z Chicago i Detroit?

Nie, nie sądzę. Nasza muzyka i ich muzyka wypływały z odmiennych inspiracji. Chicago house wypływał z inspiracji muzyką disco, podczas gdy nasza muzyka odwoływała się raczej do brzmienia europejskiego elektronicznego popu, do dokonań takich zespołów jak Kraftwerk czy Tangerine Dream. To są zupełnie odmienne inspiracje.

A jaka jest w tym wszystkim rola miasta? Ile w muzyce Detroit jest miasta Detroit?

Myślę, że sto procent. Gdybyśmy się nie urodzili, nie wychowali i nie żyli w Detroit, to robilibyśmy zupełnie inną muzykę, związaną z zupełnie innym miejscem. Nasza muzyka jest taka, jaka jest, właśnie dlatego, że wszyscy pochodzimy z Detroit.

W roku 1988 w Anglii pojawiła się składanka Techno! The New Dance Sound Of Detroit. To ty przygotowałeś tę kompilację, która zaprezentowała brzmienie Detroit w Europie. Można zatem powiedzieć, że jesteś odpowiedzialny za przetransportowanie muzyki Techno poza granice USA?

Tak, to prawda.

Jednak teraz bardzo krytycznie odnosisz się do tego, co się stało z muzyką Techno, po tym, jak zyskała ona popularność na całym świecie.

Ja zawsze jestem krytycznie nastawiony do gównianej muzyki. Ja nie krytykuje samej technologii, a tylko gównianą muzykę.

Czyli twoim zdaniem obecnie Techno zaczyna być synonimem gównianej muzyki?

Trochę tak. Co prawda teraz powstaje więcej dobrych produkcji niż, na przykład, pięć lat temu, ale uważam, że i tak nie pojawia się nic, co zasługiwałoby na miano klasycznego. Nie ma tej magii. I teraz powstaje niezła muzyka, ale nic nie jest na tyle mocne, żeby na trwałe utkwić ci w głowie. A my robiliśmy taką muzykę. I ja ciągle na nią czekam. A ty nie?

Tak.

Ja czekam na następnego Derricka May’a, na następnego Juana Atkinsa, na następnego Carla Craiga.

Może ktoś taki już istnieje. Musisz go tylko odnaleźć i trochę podszkolić.

Tak. Ja ciągle szukam.

W latach, kiedy powstawało brzmienie Detroit Techno, określałeś tę muzykę posiłkując się ciekawą metaforą. Mówiłeś o windzie, w której utknął George Clinton i Kraftwerk z jednym tylko syntezatorem. Jednak parę lat temu, odnosząc się do tego, co stało się z muzyką Techno, którą zapoczątkowaliście, przeformułowałeś tę metaforę. Stwierdziłeś, że Kraftwerk opuściło tę windę i teraz znajduje się tam George Clinton z zespołem Napalm Death. Ponad to winda utknęła pomiędzy apteką a sklepem z odzieżą sportową.

(śmiech) Tak, niestety jest to prawda. Wiesz, w tym wszystkim nadal tli się trochę życia, ale…

Czy głównym problemem są narkotyki?

Nawet nie. Winny wszystkiemu jest biznes, pieniądze, sprzedajność, całe to gówno, które wszystko zniszczy. Całe to gówno, które pewnego dnia zniszczy… Wiesz. Warszawa niebawem stanie się bardzo atrakcyjnym miastem. Za pięć lat, a może i mniej, ludzie z całego świata będą się tutaj sprowadzać. To będzie zabawne, będziecie się z tego śmiać. Powiecie sobie: „Tych pieprzonych ludzi, jeszcze pięć lat temu, gówno obchodziło nasze miasto i nasz kraj. Mieli nas w dupie. A teraz oni wszyscy chcą tutaj mieszkać.” I tak będzie, gwarantuję ci to. Bo wasze miasto staje się szybko bardzo fajne. I tak samo jest z naszą muzyką. Muzyka była wyjątkowa, kiedy była niewielka grupa ludzi, dbających o nią. Ale od kiedy stała się czymś wielkim, zaczęła przypominać dziwkę z ogromnym, tłustym tyłkiem. I wiesz, teraz wszyscy chcą ją wydymać. Tym właśnie stała się muzyka Techno. Stała się dziwką z ogromnym, tłustym tyłkiem. A my musimy zapędzić tę dziwkę na siłownię, żeby straciła trochę pieprzonych kilogramów (śmiech). Muszę już jechać, dzięki.

Dzięki.

Tekst i wywiad: Marcin Krupowicz

Tags: