komentarzy

Deerhunter – Halcyon Digest

Choć załoga z Atlanty to kwartet niewątpliwie zdolnych muzyków, to tuż przed wydaniem nowego krążka dali się poznać z nieco innej strony. Dając do zrozumienia, że branża muzyczna od strony marketingowej również nie jest im obca. 

Otóż na parę miesięcy przed premierą panowie rodem z Georgii udostępnili na swojej stronie internetowej plakaty reklamujące krążek, które każdy sympatyk zespołu mógł wydrukować i zareklamować w najbliższym otoczeniu, w zamian dostając nagrania grupy. Jednak na tym nie koniec. We wrześniu dodatkowo uruchomili linie on-line i do późnych nocnych godzin rozmawiali z najbardziej zagorzałymi fanami na tematy często odbiegające od około muzycznych uniesień.

Działania godne pochwały, jednak w żaden sposób nie zrekompensowałyby słabego materiału. Na szczęście dla nas, jak i dla członków zespołu, mamy przyjemność słuchania – i piszę to z pełną świadomością – jednego z najlepszych krążków tego roku. Szóstego już krążka w dorobku Bradforda Coxa wydanego w przeciągu ostatnich trzech lat. Generalnie to kolejna rzecz godna podziwu, ale prawdziwym ewenementem jest fakt, że każdy z tych albumów jest na co najmniej dobrym poziomie. A co więcej wydaje mi się, że to właśnie tegoroczne wydawnictwo jest ich najlepszym i najbardziej dojrzałym materiałem.

Halcyon Digest można odebrać jako stopniową ewolucję zespołu z powoli zacierającymi się granicami z projektu Atlas Sound, co świadczy o coraz większym wpływie Coxa na całokształt twórczości grupy. Bradford zdradza muzyczne fascynacje, sięgając po dorobek zarówno new-wave’wowego XTC jak i nieco starsze dokonania Lou Reeda, ale pomimo przeróżnych inspiracji, Deerhunter to grupa potrafiąca wpleść w te wszystkie brzmienia swój własny oryginalny, osobliwy styl i przedstawić w tak genialny sposób, że nie sposób uciec od ekstatycznych uniesień. To nie tylko – jak sami skromnie określają członkowie zespołu – ambient-punk, ale również mieszanka odniesień, od shoegaze’u przez art-rock często kłaniający się popowi, nutka psychodelii i muzyczna eksploracja lat sześćdziesiątych. Może bez pazura i rockowego zacięcia jak to bywało w przeszłości, ale mamy za to pełnię romantyczności, nostalgii i kołyszącej melancholii nawet w piosenkach o optymistycznym wydźwięku.

Właśnie piosenki i  tzw. ‘’piosenkowość’’ i ‘’przebojowość’’, a dokładniej ich brak, który wcześniej był wytykany albumom Deerhuntera przez niektórych krytyków – tym razem zostaje wyniesiony na piedestał, co owocuje potężną dawką  doskonałych melodii, które na długo zagoszczą w naszych umysłach, a  i ich zwięzły opis zaczniemy tym razem od końca. Bo od utworu, o którym było głośno na długo przed premierą, i epickim hołdzie dla Jay’a Reatarda, który właściwie miał być jednorazowym pomnikiem, a podczas słuchania okazuje się, że duch przyjaciela zespołu unosi się nie tylko na dedykowanej mu, monumentalnej atencji He Would have Laughed, ale nad praktycznie każdą kompozycją – spiętych jedną spójną, emocjonalną klamrą.

Z jednej strony jest to Coronado z przybrudzonymi gitarami, innym razem słyszymy miękkie ściany dźwięku w singlowym Revival. Ale na tym nie koniec plejady świetnych kompozycji: openerowy, shoegazetasticowy  majstersztyk Earthquake. Urocza, songwritingowa ballada Sailing z folkowością Fleet Foxes i depresją Radiohead. Desire Lines z akordami od Arcade Fire, i oczywiście jeden z moich prywatnych, tegorocznych evergreenów: genialny, pływający Helicopter, gdzie Velvet Underground spotyka się z The Beatles.

Całość wprost ujmuje prostotą, a Cox potrafił tchnąć w te umiarkowane, często powielające się konwencje niepowtarzalny klimat. I choć Halcyon Digest nie jest, aż tak konfrontacyjny, to ciągle angażuje słuchacza dając nieskrywaną przyjemność i satysfakcję – zarówno ze słuchania jak i pisania o nim.

Marcin Nowak