jenny-death-cover
komentarzy

Death Grips – Jenny Death [Harvest\Third Worlds; 2015]

Zach Hill – perkusista Death Grips i Hella, artysta słynący ze swej niekonwencjonalnej, agresywnej gry na bębnach. Niektórym znany również jako penis na okładce No Love Deep Web (2012). Stefan Burnett alias MC Ride – malarz, grypsiarz, punkowy raper lubujący się w metaforach i kryciu głębszego sensu w swych tekstach pod warstwą pozornie bezmyślnej paplaniny; druga połowa Death Grips (nie uwzględaniam Andy’ego Morina). Obaj razem – ostatnimi czasy najsłynniejsi trolle niszowej sceny hip-hopowej bawiący się swoimi słuchaczami niczym doświadczony lalkarz szmacianą kukiełką.

Pomińmy ten absurdalny (jak relacja DG-słuchacz) wstęp i przejdźmy do konkretów. Pochodzące z Sacramento duo hip-hopowe wspięło się na szczyt swoich możliwości po wydaniu świetnego Government Plates (2013), a jeszcze wcześniej – fenomenalnego The Money Store (2012). Duet Hill/Burnett wyrobił sobie monopol na coraz to bardziej radykalne przesuwanie granicy pomiędzy tradycyjnym hip-hopem, a jego hybrydą z… tak naprawdę wszystkim. Ich muzyka wybrzmiewała silnym industrialem (i to też uwzględnia się jako jedną z najbardziej rozpoznawalnych składowych ich muzyki), sporadycznie słychać było gitary (oczywiście napakowane efektami na psychodeliczną modłę), a rześkim i innowacyjnym motywom elektronicznym nie było końca. Hill odwalał swoją robotę na garach doskonale, jednak byłoby to niczym bez charyzmatycznego stylu rapowania Ride’a – to brudny, nieznoszący kompromisu krzykliwy „bełkot”, który stoi na granicy nieznośnego i błogiego. Teksty Burnetta zakrawały o majstersztyk, czyniąc przy tym z DG coś więcej niż „kolejny hip-hopowy skład”. Skrycie, acz tłumnie wkradał się artyzm.

Po zapowiedzeniu podwójnego albumu The Powers That B (i właściwym wydaniu pierwszej jego części – Niggas on the Moon), ni stąd ni zowąd pojawiła się wieść o końcu działalności grupy (spisana na chusteczce higienicznej). Internet i fanpejdże grupy eksplodowały wyrazami niedowierzania, jednak obietnica wydania Jenny Death (czyli drugiej płyty dubla) nieco uspokoiła emocje (choć te i tak wahały się od nienawiści do tendencji samobójczych). Premiera opóźniana była w nieskończoność (i powoli zaczynało być jasne, że DG istnieją sobie w najlepsze, czego wielokrotnie dowodzili na swoim Twitterze), a dla zapchania wielkiej dziury w czasie, Hill i Burnett wypuścili instrumentalny album-niespodziankę – Fashion Week. Jednak w końcu, dla niektórych – po ośmiu miesiącach oczekiwania, świat ujrzał Jenny Death. Czy warto było czekać? Czy ten wstęp był kluczowy dla samego opisu odbioru albumu? Na oba pytania odpowiadam twierdząco!

Postawmy sprawę jasno – surowe i jednoznacznie określone ramy muzyczne Death Grips znane chociażby z Exmilitary i The Money Store już parę lat temu odeszły w niepamięć. Chłopaki postawili na rozwój przez wielkie „R”. Względną kwestią pozostaje, czy może jednak litera ta nie symbolizuje rozwoju, a regres. Odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Jenny Death stoi gdzieś pomiędzy, będąc przy tym jakby bolesnym kompromisem „poprawności” politycznej (przez co rozumiem trzymanie się jednej stylistyki) i dzikiej zabawy konwencją. To jakby Niggas on the Moon, ale stojące stopień wyżej w piramidzie dziwności. W dużej mierze symbolami tego kompromisu okazały się być wypuszczone wcześniej kawałki promujące płytę – Inanimate Sensation i On GP. Pierwszy z nich uważam za jeden z najciekawszych, a zarazem nietypowych i niepokojących utworów grupy. Napięcie narastające w oparciu na dźwiękach elektroniki i wrzasku Ride’a jest typowo defgrypsowe – całość brzmi jak rysowanie zaostrzonym kawałkiem metalu po szybie – jest niebezpiecznie, lodowato i brutalnie, a „refren” eksploduje w słodki sposób – BLOWN OUT. W opozycji stoi On GP, które jest idealnym dowodem na sens stawiania wyrazu „eksperymentalny” koło „hip-hop” w tagu grupy. Utwór (stosunkowo świeży, jeszcze niedawno został udostępniony przez grupę na Youtubie) brzmi jak hymn wyrwany rodem z epoki klasycznego rocka lat 60/70′. Gdyby nie wokal Ride’a (bardzo emocjonalny, On GP samo w sobie porusza temat samotności, a w efekcie – samobójstwa), równie dobrze mógłby to być utwór pierwszej lepszej grupy rockowej sprzed kilku dekad, bez zawahania postawiłbym chociażby na Pink Floyd (skąd DG już podkradli parę sampli).  Świetna partia klawiszowa i zagadkowa (ponieważ nie wiadomo kto za nią stoi) linia gitary tworzą bezsprzecznie kombinację idealną, a zarazem stawiającą Death Grips na kolejnym stopniu ewolucji muzycznej. Obawiam się, że dla nich już nie ma żadnych granic. Gitara stała się chyba jednym z bardziej ulubionych instrumentów tego duetu, bowiem na Jenny Death natykamy się na nią nagminnie – czy to w zagranym w iście marszowej rytmice Centuries of Damn, czy na przykład w dżinglowym Beyond Alive o świetnym, wpadającym w ucho motywie przewodnim.

Drugą grupę (tę stricte elektroniczną) reprezentuje chociażby The Powers That B o fantastycznym tekście i vibie rodem z drugiej płyty podwójnego wydawnictwa (na szczęście – bez pociętego rapu Ride’a i wokalu Bjork). Mega popowy klimacik generuje PSS PSS ze swoim pogiętym i wirującym głównym motywem, by w codzie eksplodować na bzycząco-elektroniczną modłę. Podobną formę przyjmuje Death Grips 2.0, które samym tytułem obrazuje kierunek, w którym podąży grupa. W zasadzie, nie ma kierunku. Nie są oni ograniczeni nawet wyobraźnią. Wykraczają poza nią, czego w zadowalający sposób dowiodło Jenny Death. Ten medialny boom miał chyba pokazać fanom, co straciliby, gdyby DG rzeczywiście się rozpadło. A straciliby wiele.

Post Scriptum:

Parę chwil temu DG zapowiedzieli trasę po świecie, na razie jednak ujawnili jedynie szczegóły dotyczące części odbywającej się w Stanach. Kto wie, być może którymś z przystanków europejskiej części będzie Polska…