fashion-week-cover
komentarzy

Death Grips – Fashion Week [Third Worlds; 2015]

To, że Death Grips pogrywają z fanami (ba, zwyczajnie ich trollują), wiadomo nie od dziś. Ogłoszony na facebookowym fanpage’u grupy rzekomy rozpad (zobrazowany w formie przeprosin spisanych jakby naprędce na chusteczce higienicznej) od początku zalatywał niczym wzorowy fake – ba, twitter DG wprost kwitnie wiadomościami pokroju „wyruszamy w trasę”, „kto jeszcze wierzy, że się rozpadliśmy?”, a nawet zwyczajnymi zdjęciami z planu klipu wypuszczonego ostatnio w obieg Inanimate sensation zapowiadającego drugą płytę podwójnego albumu, zatytułowaną Jenny Death. No i właśnie – od czasu rozpadu trio obiecało wypuszczenie drugiej części The Powers That B WKRÓTCE. Owe „wkrótce” już dawno minęło, jednak w odpowiedzi na zadawane bez opamiętania przez fanów pytanie: „Jenny Death, when?”, pojawia się Fashion Week. Ot tak, znikąd, bez najmniejszej zapowiedzi. Ni stąd, ni zowąd DG wypuszczają w sieć instrumentalną płytę kompletnie za darmo. Widać, że muzycy sami zadają sobie identyczne pytanie, bowiem każdy kolejny utwór na Fashion Week jest opatrzony pojedynczą literą poprzedzoną słowem „Runway”. Wszystkie 14 utworów tworzy w sumie zdanie/pytanie – „Jenny Death When”. Zatem, kiedy w końcu?

Wielu z pewnością potraktuje FW jak typową zapchajdziurę, która ma:
A) udowodnić fanom, że DG wciąż istnieją;
B) uciszyć rozentuzjazmowane tłumy przynajmniej na chwilę.
Co najlepsze, w tym albumie oba warunki zostały spełnione! Podczas odsłuchu nie ma się poczucia wodolejstwa i zagrania wszystkiego na jedno kopyto. Deficyt kultowego niemalże głosu Ride’a nie jest tu przeszkodą, ba, jest idealnym zabiegiem umożliwiającym zabłyśnięcie pozostałej dwójce. Fashion Week to zbiór beatów, sampli, dźwięków gitary, elektroniczna fuzja dźwięków i nieprzewidywalności w odpowiednich proporcjach. Jest tu niezwykle bogato w ozdobniki, różnorodnie i przede wszystkim – znacznie bardziej zwarcie niż w pierwszej części The Powers That B, które raczej odrzuciło mnie faktem dziwacznego pocięcia całości i ogromnego skłonienia się ku elektronice, która tam została zaprezentowana w dość nijakim stylu. Tutaj wszystko trzyma się kupy i momentami osiąga rangę niemalże radiowej i niesamowicie przystępnej elektroniki (która nareszcie została dopięta na ostatni guzik).

Błyszczy chociażby Runway N (drugie), które w sposób niemalże przesterowany symuluje dźwięki basu, jest to także chyba najcięższy z utworów tego zbioru. Dziki i ostry syntezator jest przerywany niezwykle łagodnymi dźwiękami klawiszy, co w żadnym stopniu nie wyklucza się, a raczej idealnie ze sobą współgra. Runway A brzmi jak zapętlony alarm przeciwpożarowy, który w genialny sposób rozpędza się, by w trakcie bridge’u zaatakować uroczymi hi-hatami odwalającymi tutaj całą robotę.

Runway H (drugie) brzmi (początkowo) jak typowy drętwy hicior z dyskoteki – tylko w pierwszych dwudziestu sekundach, na szczęście. Kluczowym jest tutaj pojawienie się Nicka Reinharta z Tera Melos, który nareszcie pokazuje jak powinna wyglądać gitara na nagraniach Death Grips – wybacz, Spread Eagle Cross the Block.
Runway N (pierwsze) brzmi jakby urwało się z Niggas on the Moon – jest pocięte, poszczególne partie łączą się ze sobą w niekonwencjonalny sposób nadający iście psychodelicznego sznytu. Dzięki bogom, nie pojawia się tu wokal Bjork, który w tamtej płycie jedynie doprowadzał mnie do pasji nijak łącząc się z głównym założeniem twórczości DG.

Oczywiście, są tu słabsze momenty, które dają nieco poczucia powtarzalności – być może wszystko zostało nagrane podczas jednej sesji, szczególnie przy Runway E (pierwszym), które w dużej mierze sprowadza się do powtarzalności (którą da się czasami obrócić na własną korzyść, jednak nie tym razem).

Całość przywodzi na myśl Government Plates, jednak w znacznie bardziej wypieszczonej i skupionej na instrumentaliach wersji. Widać doskonale, że bez wyszukanych środków (tak, zabójcze cięcia i samplowanie na potęgę, do ciebie mówię) i bez charyzmatycznego rapu MC Ride’a, Death Grips są w stanie zrobić dobry album. Ba, potrafią zrobić dobry album… nie istniejąc! To jest dopiero sztuka. W każdym razie – doskonały aperitif przed wciąż wyczekiwanym ze zniecierpliwieniem Jenny Death, dla którego daty wydania wskazówką może być tytuł instrumentalnej płyty…