courtneybarnett4-2
komentarzy

Courtney Barnett – The Double EP: A Sea of Split Peas/Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit (Marathon Artists, 2013/2015)

Pod koniec podstawówki, mniej więcej o tej porze (sam początek wiosny) obejrzałam film Juno. Jako kompletny laik w kwestii kina, powiedzmy, niezależnego – zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Połączenie estetyki małego miasteczka tuż przy granicy z Kanadą, autoironicznego poczucia humoru głównej bohaterki i odrobinę zbyt optymistycznego ukazania problemu niechcianej ciąży – wszystko to sprawiło, że Juno mimo pewnych niedoróbek niezmiennie widnieje w czołówce moich ulubionych filmów ever. Czynnikiem decydującym jest tu najpewniej soundtrack. Kompilacja klasyków (The Kinks, Velvet Underground) oraz bezpretensjonalnego indie folku (Kimya Dawson, Antsy Pants) ukształtowała na tamtym etapie mój gust muzyczny i zachęciła do samodzielnych poszukiwań.
Od tamtej pory wraz z nadejściem wiosny odpalam ścieżkę dźwiękową wspomnianego wyżej filmu. Odczuwając przy tym pewną grzeszną uciechę, ze słuchawkami na uszach chwytam pierwsze ciepłe dni. I poszukuję muzyki, która pomogłaby jakoś przetrwać katrupiący początek wiosny.

Możliwe, że gdybym natknęła się na album Courtney Barnett zimą czy jesienią, nie dałabym mu szansy. Pewnie z góry oceniłabym go jako jeszcze jeden miałki, wtórny produkt z przylepioną etykietką indie singer-songwriter, ewentualnie female vocalist. Chwała Bogu, pierwszy utwór na The Double EP: A Sea of Split Peas nie zaczyna się skoczną melodyjką na banjo. Eleganckie wejście fortepianu w Out of the Wood równie dobrze mogłoby się pojawić u Chinawoman czy Julii Stone; w momencie, gdy słyszę zmęczony głos Courtney, z miejsca wpadam po uszy. Ta 27-letnia Australijka wydaje się być pozbawiona jakiegokolwiek zadęcia, patosu; ewentualna maniera łatwo daje się wybaczyć, tak samo jak w przypadku tytułowej bohaterki Juno. Teksty na płycie to rozliczenie dziewczyny z własnymi nagromadzonymi emocjami i trudnymi do uchwycenia niuansami, jakie powstają w relacjach z bliskimi. Mamy też autoironiczną opowieść o nieprzewidzianych skutkach pracy w ogródku (Avant Gardener), wspomnienia pozornie nieistotnych chwil, zlepki obrazów i wrażeń – a może wyobrażeń (History Eraser) czy historię o bezradności wobec społecznych oczekiwań (Are You Looking After Yourself?). Zwłaszcza Are You Looking… poraża szczerością, podobną do tej, jaka pojawia się w tekstach Małgorzaty Halber – to po prostu gorzka refleksja, przyznanie się Courtney do obawy, że nie żyje wystarczająco dobrze. Gorycz sprytnie maskuje się pod indie-folkową otoczką, a (auto)ironia to pancerz chroniący kruchą uczuciowość.

Najnowsza płyta Barnett na szczęście kontynuuje podjęty przez artystkę kierunek, nie brak tu poczucia humoru (sugeruje to już sam tytuł Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit). Zdarzenia opisywane przez Courtney rozgrywają się znów w przestrzeni małego miasteczka; mieszkająca w nim dziewczyna próbuje nie popaść w poczucie beznadziei (Depreston), pozwala sobie także na popełnianie błędów i niepewność (Small Poppies). Nie jest jedyna: jakiś dwudziestolatek w połowie drogi do pracy decyduje się porzucić karierę i zostać windziarzem (Elevator Operator). Nad całością warstwy lirycznej Sometimes… wisi deszczowa chmura niechętnego wchodzenia w tak zwaną dorosłość. Najsilniejsze emocje i tym razem łagodzi ironia. Myśl o tęsknocie za ukochaną osobą w bezsenną noc chowa się za stwierdzeniem I’m hungry, too i liczeniem pęknięć na suficie (An Illustration of Loneliness).

Brzmienie od początku jest jednak nieco bardziej wygładzone, a śpiew melodyjny. Głos Australijki doskonale wpisuje się w nurt lo-fi (odrobinę zaspany, kojarzący mi się niezmiennie z Hope Sandoval na lekkim kacu). Strona instrumentalna splata pogodny folk z noise’owymi przesterami, przywodząc na myśl najlepsze dokonania Rolling Stonesów, ale też Belle & Sebastian. I gdyby miał powstać sequel Juno, utwory Courtney z całą pewnością dopełniłyby znakomicie jego ścieżkę dźwiękową. Moją, jakkolwiek, dopełniają; czasem łatwiej przełknąć gorzką pigułkę codzienności, owiniętą w pogodne brzmienie.