189521
komentarzy

ColdWorld – Melancholie2 [Cold Dimensions; 2008]

Czy ktoś z was był kiedyś w prawdziwej rozpaczy? Nie, nie mówię tutaj o krótszej lub dłuższej depresji, którą można zagłuszyć alkoholem, narkotykami czy antydepresantami. Wydaje mi się, że w tym stanie jest większość społeczeństwa. Chodzi mi o postawę głębokiego rozczarowania ludzkością i cywilizacją, które pojawiwszy się w naszym sercu pozostaje już tam na zawsze. Co za tym idzie, jest to także samotność w wymiarze kosmicznym – niezdolność do odnalezienia wspólnego języka z drugim człowiekiem, zwierzęciem, miejscem, czy nawet przyrodą (nie mówiąc już nawet o możliwości osiągnięcia szczęścia). Człowiek zrozpaczony chowa się do najgłębszych jaskiń ducha, które wypełnia jedynie pustka i ciemność. Jeśli przypadkowo zabłąka się tam homo ludens, lodowate spojrzenie człowieka zrozpaczonego zniechęci przybysza do dalszego pobytu w pieczarze.

W czasach nam współczesnych panuje niepodzielnie ironia, która łączy się z całkowitym brakiem zaangażowania i dystansem do świata. Norweski filozof Peter Wessel Zapffe uważał, że świadomość absurdu egzystencji ludzkiej jest na dłuższą metę nie do zniesienia, dlatego wykształciliśmy kilka metod broniących nas przed tym uczuciem. Należą do nich: zakotwiczenie, rozproszenie, sublimacja i izolowanie. Zakotwiczenie polega na umieszczeniu naszego życia w ramach określonych idei lub instytucji takich jak państwo, prawo, naród czy Bóg. Dzięki nim otrzymujemy gotowy światopogląd i wzorce postępowania, które nie pozwalają nam zagubić się w chaosie ponowoczesnego świata. Rozproszenie to usunięcie ze świadomości niepożądanych myśli poprzez oddanie się bezmyślnej rozrywce – nasze społeczeństwo dostarcza nam wiele okazji do spełniania tej zachcianki: sport, oglądanie telewizji, gry komputerowe etc. Sublimacja dostępna jest jedynie bardziej wykształconym ludziom – to przekuwanie tragedii życia w twórczość literacką, kompozytorską czy malarską. Natomiast izolowanie doskonale wpisuje się w pojęcie ironii – polega ono na zaprzeczaniu problematyczności obecnej kondycji ludzkiej. Jak mawiał Gombrowicz: „Skoro nie da się żyć w świecie, należy go wykpić!”. Zatem jeśli napotkasz na swej drodze człowieka, który nadmiernie ironizuje i używa sarkazmu – bacz na to by nie uznać go od razu za istotę szczęśliwą: zapewne pod płaszczykiem dystansu kryje się głęboka rozpacz.

Nie dziwię się Vargowi Vikernesowi z Burzum, który po wyjściu z więzienia przestał grać typowy black metal, a skłonił się bardziej w stronę ambientu i skaldycznego folku. Zmalała liczba kapel, które na poważnie traktowały ideologię tego gatunku. Przykład? Ot choćby Cradle of Filth, Dimmu Borgir a nawet Immortal. Black metal skomercjalizował się i stał się „straszakiem” dla mas, produktem eksportowym Norwegii. Jednak zdarzają się jeszcze zespoły, które pozostały wierne założeniom tej najbardziej ekstremalnej formy metalu. Kilka tygodni temu pisałem o Wolves in The Throne Room – formacji, której członkowie akcentowali swoje przywiązanie do przyrody. Dzisiaj słowo o ColdWorld.

Czarny metal wyrasta z kontestacyjnego stosunku do judeochrześcijańskiego świata, a co za tym idzie – współczesnego kapitalizmu, który wykształcił konsumpcjonizm. Muzycy proponują powrót do antycznych, samowystarczalnych społeczności. Utopijność takich pragnień wzmacnia jedynie rozczarowanie światem, pozbawiając człowieka kolejnych zakotwiczeń i oddając go na pastwę rozpaczy. Właśnie to ostatnie słowo jest kluczowe dla przedsięwzięcia muzycznego ColdWorld, które zostało zainicjowane w 2005 roku przez niemieckiego multiinstrumentalistę Georga Börnera. Następny rok przynosi wydanie pierwszego minialbumu The Stars Are Dead Now. Kilka lat później wychodzi longplay Melancholie2, będący przedmiotem niniejszej recenzji.

Poprzez utwór wprowadzający, zostajemy wrzuceni do świata pustki, ciemności i tytułowej melancholii do potęgi drugiej. Odnajdziemy tutaj bezlik syntezatorowych wstawek, funkcjonujących zarówno jako preludia do poszczególnych kompozycji, jak i tło potępieńczych wrzasków Börnera. Jego muzyka jest jedyna w swoim rodzaju. Posępne, dronowe gitarowe łojenie przypomina pierwsze płyty Katatonii, w szczególności Brave Murder Day. Natomiast wokal na tle syntezatorowego grania, które nadaje muzyce niesłychanie patetyczny ton, wywołuje skojarzenia z In The Nightside Eclipse albo Anthems To The Welkin At Dusk zespołu Emperor. Można go także porównać z głosem Garma na pierwszej płycie Ulver. Pod względem nasycenia dźwięków rozpaczą Börner może swobodnie konkurować z Nattramnem z nieistniejącej już kapeli Silencer, jednak melancholia w tekstach i muzyce nie przybiera raczej charakteru totalnej mizantropii. To bardziej kontemplacyjna zaduma nad nicością ludzkiego życia, owiana gotycką aurą. Co ciekawe, kilka razy na płycie pojawiają się skrzypce – to rzadkość w depresyjnej odmianie black metalu. Czyżby inspiracja pierwszymi płytami My Dying Bride?

Caspar David Friedrich, "Opactwo w dąbrowie"
Caspar David Friedrich, Opactwo w dąbrowie

Jakkolwiek by nie było, muzyka ColdWorld brzmi niepowtarzalnie.  Przyznam szczerze, że nie znam innego black metalu, który tak głęboko opisywałby poprzez dźwięki rozpacz i samotność. Podobnie jak czynili to poprzez słowa Cioran i Kierkegaard. W pierwszym akapicie wspominałem o człowieku zrozpaczonym. Jeśli chowa się on zbyt długo w ciemnistych kawernach, w końcu oddala się tak bardzo od ludzi, że nie sposób sądzić go według obyczajów i konwenansów przyjętych w społeczeństwie. Nigdy nie przekonywał mnie średniowieczny wizerunek diabła. Raczej jestem zdania, że szatan to ktoś bardzo nieszczęśliwy, najczęściej poważnie skrzywdzony przez innych. Pewnego dnia wchodzi na śliską ścieżkę w skalistych górach. Nie widzi światła, bo przysłania mu ją ciemność w jakiej jest skryty. W tekstach ColdWorld odnajdujemy podobno interpretację postaci Złego:

I am the devil
his world is a winter of hell
his rhythm is watched in pain
he doesn’t move
tortured by solitude
I bleed with hate
tortured by myself this light is out

Chłód zimowych nocy towarzyszy nam w podróży po krainie ciszy i ciemności (użyłem tutaj tytułu jednego z filmów Wernera Herzoga). Podmiot liryczny doświadcza katatonicznego znieczulenia i pragnie zasnąć na wieki pośród śnieżystej zamieci. Niewątpliwie było to marzenie wielu dziewiętnastowiecznych dekadentów z zimniejszej części Europy, ponieważ ciepło towarzyszące hipotermii zbliża ją do doświadczenia buddyjskiej nirwany.

Na płycie znajduje się wiele czysto instrumentalnych fragmentów i całych utworów. Ciekawie wypadł domniemany hołd dla Franza Schuberta – Winterreise. Najbardziej przejmująco brzmi epilog – Escape. To pożegnanie ze światem nasycone elektroniką i piorunującymi riffami. Przepięknie uzupełniają się one ze skrzypcami, nadającymi tej kompozycji klimat wschodnioeuropejskiej melancholii, rodem z filmów Beli Tarra.

W muzyce Georga Börnera nie znajdziecie ani pojedynczego śladu ironii, o której pisał filozof Zapffe. Wszystko robione jest z całkowitą powagą, głęboką świadomością pesymistycznej kondycji ludzkiej. Dzięki takiej postawie twórczej możemy słuchać arcydzieła, opowiadającego o męce nietzscheańskich arystokratów ducha, nie odnajdujących ukojenia w konwencjonalnych zakotwiczeniach. Właśnie stamtąd nadejdzie kiedyś Zaratusztra, odnowiciel skąpanego w plugastwie i chaosie Okcydentu.