Coldcut
komentarzy

Coldcut – O iPodach i niewdzięcznej młodzieży

Mało który artysta ma siłę na udzielanie wywiadu o 4 nad ranem po ponad trzy godzinnym secie. Proszę Państwa, Raj Pannu oraz Juice Aleem z ninjatune’owego Coldcut tylko dla magnetoffonu. W Bytomiu podczas II edycji Fedrowania rozmawialiśmy o iPodach, niewdzięcznej młodzieży i solowym projekcie Juicego. Z reprezentacją Coldcut rozmawiała Marcelina Paul.

To wasz kolejny pobyt w Polsce. Tęskniliście za publicznością, która czeka na was tutaj za każdym razem? W końcu w jakimś stopniu publika różni się od tej z innych krajów.

Raj: Tak, byliśmy tutaj już kilka razy i za każdym jesteśmy zadowoleni. Bardzo dobrze wspominamy nasz występ w Krakowie dwa lata temu, był krótki, ale wyzwolił wiele emocji.

Juice: A jeśli chodzi o różnice, na pewno obecność polskiej wódki sprawia, że nasze wizyty tutaj są wyjątkowe (śmiech). Swoją drogą gramy dla różnej publiki, czasami na koncercie jest 30 osób, czasami koło 100, tak  jak dzisiejszego wieczoru.

Nie przeszkadza wam taka kameralna atmosfera? Różni się od setów, jakie gracie np. na Glastonbury.

Juice: Tak, to prawda, to są zupełnie inne okoliczności nawiązywania kontaktu z publicznością. Wytwarza się zupełnie inny rodzaj energii. Tak naprawdę bardzo rzadko występujemy przed tak wielką publiką jak na Glastonbury i właściwie jest nam z tym dobrze. Możesz widzieć reakcję pojedycznych osób, ich twarze, uśmiech. To fajna sprawa.

Raj: Obaj pochodzimy spoza Londynu, jesteśmy trochę z boku komercyjnej sceny. Mieliśmy okazję grać dla bardzo wymagających słuchaczy, których nie jest łatwo zadowolić, często były to właśnie mniejsze grupy. Musieliśmy stworzyć z nimi więź. Teraz lubimy występować właśnie w bardziej kameralnych warunkach. Wydaje mi się, że dj’e, którzy dają sety w Londynie, czy w innych stołecznych klubach, są w pewnym sensie zepsuci, bo więdzą, że ludzie będą się bawić i tańczyć bez względu na to, co poleci z głośników.

Zatem czujecie, że powinniście na uwagę swoich słuchaczy zasłużyć?

Raj: Właśnie tak, za każdym razem mamy to poczucie, że musimy dać z siebie coś więcej, włożyć w to pewien wysiłek, który przełoży się na stworzenie więzi z tłumem. To jest czasami męczące, frustrujące.

Juice: Frustrujące pod tym względem, że po tych wszystkich wielkich koncertach, Australia, stolice europejskie, gdzie publiczność czasami liczyła 40 tyś., czujemy, że jest naprawdę świetnie, nagle przyjeżdżamy do klubu, gdzie czeka na nas 50 osób i mamy nadzieję, że między nami zaiskrzy. A przecież kompletnie się nie znamy, dla obydwu stron to nowa sytuacja. Musimy się więc najpierw trochę poznać. Publiczność czeka, aż ją porwiemy, jest wymagająca, więc zaczynamy od podstaw, najpierw nawiążmy nić porozumienia, raz, dwa, trzy i w końcu zaczyna się kręcić.

Raj: Kiedy grałem dla 25 tysięcznego tłumu w Japonii nie czułem zdenerwowania, bo jednak łatwiej jest sterować energią tłumu, który i tak jest już nakręcony. Tłum jest mniej krytyczny, pod tym względem z występem wiąże się mniej stresu.

Dzisiejszy występ trwał ponad 3 godziny. To długo, krótko?

Raj: Właściwie to taka średnia. Od czasu do czasu zdarzają się sety trwające 6 godzin. Dla mnie wciąż są inspirujący dj’e jak Junior Vasquez, którzy dają czternastogodzinne sety, choć to już ekstremum. Dzisiaj nie wymaga się od dj’ów, żeby stali tyle przy stole. Szczególnie na festiwalach, gdy kolejny artysta czeka na wyjście na scenę. Masz godzinę i koniec.

Juice: Dzisiaj pozwoliliśmy sobie zostać na scenie dłużej, ale umożliwił nam to charakter bytomskiej imprezy.

Raj, czy to prawda, że swoją przygodę z dj’ką rozpocząłeś jako czternastoletni chłopak?

Raj: Skąd wiedziałaś? Tak, to prawda. Pewnego dnia po prostu zostałem sam na sam ze sprzętem dj’skim. Znajomi brali ślub i zostawili go u mnie w domu. Reszta przyszła już naturalnie.

Jak teraz postrzegasz swoje pierwsze kroki?

Raj: Właściwie nie uważam, że to było coś dziwnego. Po prostu rozwijałem się rok za rokiem, później do dj’ki doszły wizuale i nowe umiejętności przy stole. Pierwsze próby były zupełnie instynktowne, nie postrzegałem ich jako coś trudnego, po prostu zacząłem miksować. Nie chcę, żeby to brzmiało jak wymądrzanie się, po prostu było to dla mnie coś oczywistego. Szybko odnalazłem swoję ścieżkę, chyba jestem szczęściarzem.

Wizuale stanowią ważny element waszych występów.

Juicee: Owszem, choć wizuale stanowią dodatek. Podstawą jest muzyka. To, co widzimy na ścianie, jest uzupełniającym doznaniem artystycznym, sztuką, integralną częścią występu. Przecież może się zdarzyć, że zepsuje się projektor, coś pójdzie nie tak, wciąż dajemy set, mimo, że nie ma obrazu. Natomiast łatwo sobie wyobrazić jak nudny byłby trzy godzinny film bez dźwięku (śmiech).

Raj: Czasami wizuale odciągają uwagę od dj’a. Dj używa ich, żeby w pewnym sensie się za nimi schować. Ale dla mnie oznacza to jedynie tyle, że dj nie czuje się dobrze w tym, co robi. Nie chcę, żeby obraz odciągał uwagę od mojej pracy przy stole, ale zdaje sobie sprawę, że czasami tak właśnie jest. Dlatego staramy się, żeby nasz obraz niósł przynajmniej jak najwięcej treści. Nie zawsze mamy wpływ na to, co pojawia się na ścianie, ale przede wszystkim swoim zachowaniem na scenie chcemy zbalansować te dwie sfery występu, żeby publiczność zwróciła swoje oczy również na nas.
Od chwili, gdy zaczęliście swoją muzyczną działalność,  w technologicznym świecie muzyki wiele się wydarzyło. Czy tęsknicie za mniej skomputeryzowanymi czasami?

Juice: Czasami tak, ale trzeba również spojrzeć mniej romantycznie na ten problem. Gdy obserwujesz ikony hip-hopu, które działają na scenie od wielu, wielu lat, gdy jeszcze technologia nie była tak łaskawa, widzisz, że oni w tym momencie używają najnowocześniejszych rozwiązań na scenie i dostrzegasz, jak dobrze wpływa to na ich muzykę. Wtedy w pewien sposób musisz zmienić również swoje podejście. Spojrzeć na ten rozwój z innej strony, lecz wciąż myśleć trzeźwo, nie iść ślepo za tłumem. Weźmy na przykład maszynę do pisania. Jest fajna, ma klimat, ale czy pisanie na niej jest bardziej praktyczne od pisania na komputerze i zachowywania plików w wersji elektronicznej, a nie stosu papierów walających się po domu?

Zarzucić zatem ckliwość?

Juice: Myślę, że nie warto być zbyt sentymentalnym, jeśli chodzi o rozwiązania technologiczne. Bo jeśli chodzi o samą muzykę, tak, dobrze być sentymentalnym, słuchać pięknych, starych nagrań, to w końcu ożywia twoją duszę i umysł, twoje prawdziwe ja. Na przykład dzisiaj mam przy sobie psp, trzymam na nim muzykę, bo to jest wygodne. 10 lat temu w ogóle bym o tym nie pomyślał. Ale akceptujemy te zmiany, bo są dla nas wygodne. Ważne również, żeby intencje, które stoją za muzyką, były prawdziwe.

Raj: Mamy do czynienia z bardzo ciekawym okresem w muzyce. Szkoła produkcji z LA, którą reprezentuje Fly Lo, czy wiele szanowanych producentów z Wielkiej Brytanii, jest w pewnym sensie cofnięciem się w czasie. W tym momencie sampluje się niemal wszystko: uderzenie pałki o stół, czy tupnięcie butem o podłogę. Więc zamiast spędzania godzin w sklepach muzycznych w poszukiwaniu jednego loopa, nagrywasz dźwięk, samplujesz i wplatasz w utwór. Ja latami zbierałem winyle, przeróżne albumy, które ledwie mieściły mi się w domu. Teraz ich prawie nie używam, leżą spakowane w szafach. Nie oznacza to, że uważam je za przeżytek, po prostu częścią rozwoju było zaadaptowanie nowych rozwiązań.

Pytanie o technologie przyszło mi na myśl w związku z wypowiedzią Moby’ego w jednym z wywiadów. Otóż tłumaczył on dziennikarzowi, czym jest iPod i jak można go używać. To był rok 2002, 8 lat temu.

Juice: Tak, iPod. Teraz jest na porządku dziennym. Każdy go ma. A jeśli jeszcze nie ma, to bardzo chce mieć, bo przecież trzeba. I tu pojawia się właśnie ten moment, w którym muszę powiedzieć, że muzyka zeszła na drugi plan. Liczy się gadżet, na którym jej słuchamy. Fetysz naszego tysiąclecia. Już nie mp3, trzeba mieć iPoda.

Konsumpcja…

Juice: Niestety. Sprzedaje się tylko to, co jest na topie, co jest reklamowane. Nic dziwnego, że ludzie gdzieś po drodze gubią więź z muzyką. Mówiąc „więź” mam na myśli skupienie, emocje. Nie wiem, jak to wygląda u was, ale jeśli podróżujesz środkami masowego transportu w Wielkiej Brytanii, spotykasz masę młodych ludzi, którzy w ten sposób słuchają muzy (Juice wyciąga komórkę i puszcza jeden z kawałków na cały głos, po kilku sekundach zmienia na kolejny i kolejny). Więc jedziesz tym autobusem, możesz być zmęczony, cokolwiek, próbować prowadzić z kimś rozmowę, ale nie możesz. Kiedy poprosisz młodego człowieka, żeby to ściszył, założył słuchawki, zaraz chce się bić. Tak naprawdę on w ogóle nie wie, czego słucha.

Raj: W analogowych czasach, musiałby wysłuchać całej płyty, od początku do końca. Poznałby wtedy historię, która została przecież ułożona choćby kolejnością utworów. A opcja shuffle wywróciła to do góry nogami. Swoją drogą jest to dośc ciekawe zagadnienie. Shuffle tworzy niepewność, utrudnia zbudowanie napięcia. Inna sprawa, że lubię w iPodzie to, że mogę dobrać album do mojego aktualnego stanu samopoczucia.

Juice do Raja: Ale w ten sposób trzymasz tam mnóstwo albumów, których pewnie nie słuchałeś od lat.

Raj: Może tak, ale dzięki temu, że mam je zgrane, mogę w każdym momencie do nich wrócić, a to mi bardzo pasuje.

Juice, w 2009 roku wyszedł twój solowy album Jerusalam Come. Co skłoniło cię do nagrania czegoś swojego, w końcu od lat występujesz z Cold Cutem, czy Hextatic.

Juice: Myślę, że chciałem zrobić coś zupełnie niezależnego, coś w moim i tylko moim stylu, za co będę w pełni odpowiedzialny. Nawet jeśli spełniam się w zespole, to w głębi duszy czuję się solowym artystą. Tylko wtedy każde słowo jest moje, przekaz jest mój. Zrobiłem to dla własnej przyjemności, choć oczywiście mam nadzieję, że ludzie będą chcieli słuchać tej płyty i w efekcie ją kupią.

Po secie podeszło do was kilku fanów i chwilę razem beatboxowaliście. Co radzicie młodym ludziom, którzy chcą robić muzykę?

Juice: Najpierw zdobyć wykształcenie, później stałą pracę, a wynagrodzenie ewentualnie przeznaczać na muzykę, na rozwój. Nie spodziewajcie się, że muzyka zarobi na siebie. Zwykle tak nie jest, a trzeba przecież godnie żyć.

Raj: Święta prawda.

Rozmawiała Marcelina Paul