Folder
komentarzy

Cinema Strange + the Deadfly Ensemble, czyli z Lanthierem pod rękę – część ostatnia (An Instructional Guide for Aspiring Arsonists)

Wiele dni upłynęło od ostatniej udostępnionej części felietonu o Lucasie Lanthierze i jego dzikich harcach w Cinema
Strange, the Deadfly Ensemble oraz solo. Czas ruszył z kopyta zaskakując odbiorców nowych dokonań naczelnego histeryka
zakurzonej sceny  operetki/izby ludowej/post punk na opak (hasła zaczerpnięte z profilu zespołu, skądinąd całkiem trafne).
Na bandcampie the Deadfly Ensemble pojawiły się nowe rzeczy oraz (również nowy) wizerunek samego zainteresowanego –
gustownie świecącego obecnie gołą glacą.
Materiał opisany poniżej nie jest jego najnowszym dokonaniem, bo tym są cyklicznie wypuszczane utwory na bandcampie the
Deadfly Ensemble (o czym później). Jest jednak póki co ostatnim długograjem projektu.

An Instructional Guide for Aspiring Arsonists

Z racji moich bardzo długich poszukiwań u polskich dystrybutorów, w pewnym momencie odpuściłem, zakupiłem płytę na ebay i po
niespełna trzech dniach od wpłacenia całkiem rozsądnej kwoty – płyta była w moich rękach. Pozdrawiam z tego miejsca
francuską pocztę lotniczą (wnioskuję, że taka jest po znaczkach i stemplach na paczce) oraz uczciwego sprzedającego.

Recenzja/opis/analiza płyty pojawia się dopiero teraz, niejako na drugą rocznicę wydania płyty. Nie przedłużając więc – ruszamy.

O tym, że Lanthier znakomicie wyszywał opowieści na brudnych, zdartych i zaplamionych materiałach, wiadomo było nie od
dziś. Fakt, że stworzył wraz z zespołem płytę, której klimat uosabia (cytat) marsz żołnierza, dzierżącego tomahawk w
oparach syntetycznych melodii, jest niezaprzeczalny. Wyłączyłbym do tego słońce, umieścił go na pustkowiach pośród
rozrzuconych dziecięcych bębenków i kowbojskich kapeluszy – wtedy obraz płyty macie pełen. No i ten szantowy akcent…

Reflektuję się i prezentuję po kolei:
Pierwszy utwór to gorliwe machanie rękami członków zespołu stojących na zgliszczach ostatniej płyty studyjnej Cinema Strange.
Malujący obraz miasteczka Lanthier, wskazuje na coraz to dobitniejsze świadectwa popadania w szaleństwo. Opowieść o
spragnionej dziewczynie bądź historii sztormowego kruka, to ruch w kierunku poprzedniego longplaya tDE, kiedy to Lucas snuł
opowieści jakgdyby wprost z pirackiej łajby. Tekstowo i muzycznie to naturalna konsekwencja wydanej sześć lat temu płyty.
Tej, jak i poprzedniej kompozycji towarzyszy w nastroju niepokój i zimno znane z drugiej i trzeciej płyty The Cure. Kto
zgadnie jakie to?
Dalej mamy lekcję powierzchownej anatomii ucha. W tytule. A muzycznie sięgamy prawie że swinga. Do sekcji perkusyjnej
dorzuciłbym tylko banjo i przebrał Lantheira w nieco bardziej kowbojskie łaszki – brylowałby na tego rodzaju imprezie z
owym utworem niezmiernie. Tylko ta wżynająca się przesterowana gitara… A może to syntezator? Poęcia nie mam.

Z czwartym utworem przychodzi konsternacja, bo oto znów wracamy do opowieści, w której odległość mierzy się w milach
morskich. A przynajmniej na to wskazuje muzyka. Tekst jednak opisuje szczenięce lata pana Lindsay – Doktora, który byłby
sympatycznym obiektem do badań nad schizofrenią paranoidalną. Lanthier opisuje jego podróże i przygody. Infekowanie przez
szatana dżungli ludu Hotentotów, i takie tam… W drugiej części utworu, będącym niejako ścieżką dźwiękową do opisywanych
wydarzeń wkradają się nam agresywne, syntezatorowe pląsy, do których noga sama tupie. To pewnie przez tego szatana.
Przygody, wywody i pogonie przerywa wtem Lizard Tree On Fire: Exposition/Development – znów niejako podzielony na część niemalże operetkową, z nucącym Lanthierem i wspaniałą grą Marzii Rangel na wiolonczeli, oraz tą bardziej złowieszczą – z gitarą elektryczną, rzężącymi kotami w tle i rytmicznym uderzaniem sekcji. Kolejne skojarzenie wędruję do The Red And Silver Fantastique And The Libretto Of The Insipid Minstrel z drugiej płyty Cinema Strange.

The Glorious Immolation of the Holy Order of the Sun najlepiej opisuje piękny teledysk, zrealizowany może i za niski budżet, ale prezentujący się naprawdę smacznie i… uroczo, pociesznie. W tym dobrym tego słowa znaczeniu. Zobaczcie pląsy Lucasa, Marzii i reszty zespołu w towarzystwie jegomościów w białych koszulach – cudo.

Po wyśmienitej podróży wgłąb przeszłości wracamy biegiem do teraźniejszości za sprawą arcy nośnego Dog vs. Postman, in B. Fantastyczna partia perkusji i nowofalowej gitary flirtującej z basem i wiolonczelą w zwolnieniu. Dorzućmy do tego wzruszającą codę, w której Lanthier zawodzi głosem szaleńca na widok płomieni. Uważny słuchacz zacznie doszukiwać się konceptu w tym albumie – nie bez przyczyny.

St. Nick’s Sugar Hill Sanitorium (What Do You Reckon, Julia?) to zgrabny uzupełniacz gitarowy, snujący się w rozmarzonych rejonach poprzedniego longplaya, tak mocno przecież stawiającego na atmosferę.

Concerning Two Lunatic Vagabonds Of The Middle Ages – kolejny dziwaczny tytuł do równie dziwacznej knajpianej kompozycji bujanej, która znów przenosi nas w skromne progi zgryźliwego, bezzębnego jegomościa stojącego za barem i przecierającego bez końca brudne szklanki, nie zdając sobie sprawy, że tylko pogarsza ich stan. Usiłujące się wydostać dźwięki ostrej gitary tłumione są niestety przez stosunkowo nijaki charakter kompozycji. Nie samym dynamicznym działaniem człowiek wszak żyje.

Wspominałem coś o ekspresji, dynamice… Kolejny utwór, przekornie nazwany komercyjnym sukcesem to transowa, wypełniona narkotycznymi oparami chora kompozycja oparta na prostym samplu perkusyjnym i złowieszczo niskich klawiszach. Wszystko w zastraszająco niskim tempie. Utworowi towarzyszy teledysk – oczywiście równie normalny jak on sam. Materiał filmowy przedstawia bowiem pląsy muzyków w gustownych płaszczykach na tle panoram wzgóz, schodów i wąskich uliczek (zapewne Los Angeles). Całość dzieje się momentami wspak, przez co oniryczność i paranoja towarzyszą obrazowi od początku do końca.

Kończący płytę Marvelous Murderess jako jeden z nielicznych od początku do końca opowiada historie stosunkowo zrozumiałą. Dodam tylko, że rozchodzi się o podejrzenie kobiety o dokonanie morderstwa, o jej obraz w oczach narratora. Muzycznie sprawa przypomina zderzenie Thirsty Girl z szybszymi momentami przypominającym Dog vs Postman. Wszystko w całości splatane wysokim głosem Lucasa i pełnym instrumentarium, i raczy nas to przez ponad sześć minut, co bardzo przyjemnie kończy płytę.

Płyta wydana jest w formie Dwuskrzydłowego digipacka, wkładki ze zdjęciem i autografami zespołu, oraz rozkładanym plakatem zespołu w formacie 24x36cm, z tekstami utworów z tyłu. Zaróno z tyłu digipacka, wewnątrz i na stronie z tekstami widnieją znaczki pocztowe nawiązująće do okładki płyty. Krążek zaś przedstawia bardzo fajny rysunek psa (Dog vs Postman?), natomiast kieszeń digipacka, w której ów cd się znajduje przedstawia jego… szkielet :)

Płytę przemaglowałem tyle razy, że zaczyna mnie zwyczajnie drażnić. Zarażony obsesją, oddaję więc powyższą analizę, na dłuższą chwilę żegnając się z albumem.

Do posłuchania polecę bandcamp zespołu, gdzie znajdziemy ostatnie utwory solowe Lanthiera (w tym alternatywną wersję En Hiver z Cinema Strange) oraz zupełnie nowy numer zbudowany na głosach LL powtarzających (czego nie jestem pewien, podaję to ze słuchu) I make war, oraz gry na ukulele

A poniżej link do recenzji ostatniego fizycznego wydawnictwa zespołu z tego roku:
http://magnetoffon.info/the-deadfly-ensemble-poison-poison-poison-a-thrilling-tale-of-childhood-2nd-seven-inch-vinyl-
single-self-released-2014/