Front Cover Digital
komentarzy

Chelsea Wolfe – Abyss [Sargent House; 2015]

Stwierdzenie, że Chelsea Wolfe promuje spokojną melancholię w muzyce, byłoby niemałym rozminięciem się z prawdą – a przynajmniej w dużej mierze nie trafiałoby w sedno. W pierwszych fazach swojej działalności wokalistka-multiinstrumentalistka skupiała się raczej na spokojniejszych odmianach muzyki eksperymentalnej, dziwacznych neofolkowych miksach nacechowanych randomowym nojzem uwypuklającym najczęściej finisz konkretnej kompozycji. Tematyka poszczególnych wydawnictw Amerykanki pozostawała zaś zawsze taka sama, a przynajmniej niewiele odbiegała od jednego wzorca – począwszy od Mistake in Parting aż po tegoroczne Abyss motywem przewodnim przewijającym się na okrągło była właśnie wyżej wspomniana melancholia, epatujący wprost ze wszystkich wydawnictw pesymizm, pewna tęsknota i żal, której nie sposób opisać słowami, ale już dźwięki okazywały się być doskonałym nośnikiem i odbiciem tych emocji. Abyss okazuje się być bodaj najbardziej spójnym, jednostajnym, a zarazem brutalnym zbiorem przemyśleń na wszelakie przygnębiające tematy, które obrała Wolfe w tym roku.

O ile nigdy nie mogłem odmówić wokalowi Wolfe czystości, jasności i technicznego kunsztu, o tyle zazwyczaj cała otoczka melodyczna zbudowana dookoła jej rzewnych partii śpiewanych nużyła mnie, a przynajmniej nie porywała. Trudność sprawiało mi odróżnienie od siebie poszczególnych utworów, a i przekaz jej płyt – choć doceniany przeze mnie – nigdy nie kleił mi się z właściwą muzyką na nich zawartą, nie potrafiłem na własną rękę skorelować obu tych rzeczy. Abyss swoiście przychodzi mi z pomocą, bo nareszcie (sic!) czuję to. Czuję, co konkretnie miała na myśli Chelsea Wolfe wydając Abyss, a to wszystko zanim wsłucham się w słowa i postaram zinterpretować ich znaczenie. Podobnie jak z tegorocznym wydawnictwem Lebanon Hanover (zbieżność tytułów płyt jest oczywiście przypadkiem), dostaję to, czego oczekiwałem po spojrzeniu na nazwisko autora, okładkę płyty i jej tytuł. Abyss nie bez kozery nazywa się tak, a nie inaczej – to jak danie nura w przepaść pełną lodowatej nicości, w której nie istnieje pojęcie czasu, światła i nadziei. Pierwsze dźwięki turpistycznego Carrion Flowers pozbawiają złudzeń – to nie jest płyta, której słuchasz jesiennym wieczorem, by poprawić sobie humor. Z czułością kolczastego obucha od pierwszych sekund uderzają w nas bezceremonialnie drone’owe akordy prowadzące do prawdziwie soniczno-lirycznej eksplozji, w której na pierwszy rzut oka (ucha?) nie ma miejsca na połączenie tak pięknego głosu i tak brzydkiego łupania. A w praktyce właśnie na tym opiera się cała płyta. Mało tego – to brzmi cholernie składnie, a dla mnie – najskładniej z całej zawartości dyskografii.

Co krok tutaj zostaje nam zaserwowany prosto w twarz dysonans istniejący czysto teoretycznie pomiędzy prostackim brutalizmem (a przez to również brzydotą), a złożonością, podręcznikową wręcz wielowątkowością, wielopłaszczyznowością piękna, które „rzecz jasna” musi być dobre i stanowi ten bardziej pozytywny z obu aspektów. Jedną z części składających się na ten paradoks jest chociażby zabójcza rytmika Abyss (Grey Days, chociażby) większość bitów (jeśli nie wszystkie) jest tak prosta, że aż momentami tępa i bardziej widziałbym je w jakiejś pochodnej oldschoolowego punku w slow-motion, a również ten aspekt w tak błogi sposób gryzie się z urokiem wokalu Chelsea, który wyrzucając z siebie te wszystkie obrzydliwie złe i przykre rzeczy, sam staje się nośnikiem kontrastu, którym stoi cała płyta. Nareszcie czuję, że muzyka stanowi tu jakiś podkład pod najważniejszy i najbardziej wyróżniający się z całości element, jakim jest głos artystki. A przynajmniej do tej pory takim był, bowiem nareszcie pomiędzy obydwoma czynnikami pojawiła się równowaga, bez której ta płyta nie zrehabilitowałaby dla mnie całego wizerunku Wolfe. Abyss stało się dla mnie jedną z najbardziej poetyckich, pełnych emocji, a zarazem hałaśliwych płyt tego roku. Taką, na której zarówno piękno, jak i brzydota mają swoje pięć minut. Po odsłuchu której zacząłem zastanawiać się, co jest bardziej inspirujące.