Burzum_The_Ways_of_Yore
komentarzy

Burzum – The Ways of Yore [Byelobog Productions; 2014]

Muszę przyznać, iż z wielką ciekawością śledzę wszelkie nowinki wydawnicze, pochodzące od pana Varga Vikernesa. Myślę, że nie trzeba przedstawiać sylwetki tego niewątpliwie oryginalnego norweskiego muzyka. Znają go fani black metalu, miłośnicy dark ambientu, ale także neopoganie, z których wielu uważa go za swojego duchowego patrona. Na początku lat dziewięćdziesiątych Varg stworzył Burzum – projekt wyjątkowy jak na owe czasy. Nietuzinkowy hipnotyczno-transowy black metal z elementami ambientu. Zadaniem tej muzyki było wprowadzić słuchacza w magiczny nastrój, umożliwiający duchowe obcowanie z pogańską przeszłością.

Przez ponad dwadzieścia trzy lata działalności Burzum, dźwięki kreowane przez Vikernesa nie odbiegały nigdy zbytnio od wytyczonej na początku stylistyki. Podczas pobytu muzyka w więzieniu zostały nagrane dwa całkowicie ambientowe albumy. Po odbyciu kary artysta powrócił do metalowego brzmienia, jednak z każdym kolejnym wydawnictwem wzrastała ilość elementów elektroniczych i czysto akustycznych. Widać było także, że Varg powtarza do znudzenia stare riffy i melodie, zmieniając je tylko w niewielkim stopniu. Mimo wszystko muzyka nadal brzmiała magicznie.

Rok temu Vikernes wydał płytę Sôl austan, Mâni vestan, wypełnioną wyłącznie ambientowymi pejzażami, wzmocnionymi momentami gitarą akustyczną. Większość z tych melodyjek była bardzo prosta w budowie (tak jak i większość syntezatorowych utworów Burzum – nawet nastolatek mógłby je stworzyć). Podobnie jest w przypadku The Ways of Yore – najświeższego albumu artysty. Wielu fanów dawnego blackmetalowego Burzum jest rozczarowanych brakiem nowatorstwa ostatnich nagrań. Ja również należę do tych osób, chociaż sądzę, iż całkowitej tragedii to znowu jeszcze nie ma.

Na płycie znalazło się trzynaście kompozycji, z których dwie są nowym wykonaniem utworów, znanych już z wcześniejszych albumów Burzum (Hvis Lyset Tar Oss oraz Fallen). Przystępując do zapoznawania się z jakimkolwiek dziełem Vikernesa trzeba pamiętać, że jego muzyki najlepiej słucha się wieczorem lub w nocy. Pierwszy utwór God from the Machine to swoiste wprowadzenie do pradawnego świata, które przypomina brzdąkanie antycznego kitarzysty, rozpoczynającego opowieść przy świetle ogniska. Dalsze kompozycje wykazują dosyć spory (jak na Burzum) eklektyzm. Varga śpiewa i dokonuje melorecytacji z manierą skaldyczną, trzeba przyznać, że jego głos doskonale przybliża się do stylu wczesnośredniowiecznych bardów. Instrumentalny akompaniament jest trojakiego rodzaju. Dominuje gitara akustyczna, basowa oraz wybijająca proste rytmy perkusja. Czasami dochodzi do tego syntezator, wytwarzający nostalgiczne dźwięki. Wreszcie, nie mogło zabraknąć przesterowanej gitary elektrycznej, która odzywa się kilka razy w hipnotyzujących tonach, a przywodzi to na myśl dawne dokonania Burzum.

Cóż można jeszcze powiedzieć o tej płycie? Z pewnością słucha się całości przyjemnie za pierwszym razem. Na pochwałę zasługują frapujące hymny ku czci Odyna i Frei, jednych z naczelnych bóstw panteonu nordyckiego. Tajemniczy głos norweskiego artysty to największa zaleta wydawnictwa. Przepiękna jest także kompozycja Autumn Leaves, rzeczywiście na myśl przychodzą opadłe liście, wirujące w niewielkim górskim strumyku. Przeróbka dawnego Tomhet wypadła również bardzo dobrze. Nie mogę niestety przekonać się do drugiego coveru, który jest zbyt monotonny i w ogóle nie przypomina oryginału. Kilka innych utworów też niezbyt zachwyca, dlatego podczas kolejnych przesłuchań zdarzało mi się pomijać te dwa czy trzy bardziej przeciętne kawałki.

Jednak ogólnie rzecz ujmując, jest całkiem nieźle. To nadal magiczne brzmienie Burzum, wznoszące myśli ku wyżynom metafizycznym. To nadal muzyka zachwycająca swoją prostotą, która niekoniecznie w tym przypadku musi być wadą. Jeśli celem Varga było przeniesienie słuchacza w pogańskie czasy syntezy człowieka z naturą, to owe zadanie zostało spełnione z sumiennością. Ciekaw jestem tylko jak długo Norweg będzie tkwił w stylu, który wypracował przez ostatnie kilka lat. Czas najwyższy na pewne zmiany.