a0576501529_10
komentarzy

Boreal Taiga – Arctic Remixes (Wayfarer Records; 2011)

Jednym z ciekawszych podgatunków muzyki elektronicznej, powstałym w latach dziewięćdziesiątych, był tak zwany arktyczny ambient. Ogólnie rzecz ujmując, muzyka ta ma na celu przywołanie chłodnego klimatu okolic podbiegunowych, wprowadzenia nas w estetykę bladych promieni słonecznych, zawieszonych w ciszy lodowych pustkowi. Często są to dźwięki potęgujące wrażenie izolacji, która dopada każdego podróżnika, wędrującego poprzez mroźny kraniec świata. Za twórcę owego podgatunku uważa się zazwyczaj Norwega Geira Jenssena, twórcę projektu Biosphere. Wraz z wydaniem jego słynnego dzieła Substrata, zaczęli się pojawiać pierwsi epigoni, próbujący z większym lub mniejszym powodzeniem przerobić na dźwięki chłód Północy.

Także na kontynencie amerykańskim znajdziemy takich naśladowców. Warto zwrócić uwagę na Boreal Taiga. Początkowo był to eksperyment stworzony przez niejakiego Jimde’a – wytrwałego eksploratora Alaski i kanadyjskiej tajgi. Jednak w miarę upływu czasu, dzieło nabrało kształtów i artysta może się już pochwalić ponad dziesięcioma wydanymi płytami. Dzisiaj przyjrzymy się albumowi Arctic Remixes, wydanemu w 2011 roku. W tym samym roku Jimde stworzył także kontynuację Arctic Remixes (oznaczoną numerem „2”), równie frapujące dzieło.

Pamiętam, że jedno z moich wspomnień z dzieciństwa było związane z filmami przyrodniczymi wyświetlanymi we francuskim kanale telewizyjnym Arte. Pewnego późnego, jesiennego popołudnia miałem przyjemność ujrzeć dokument o środowisku naturalnym Arktyki. Nic nie rozumiałem z obcojęzycznego komentarza, ale obrazy mroźnej Północy na zawsze pozostały w mojej pamięci. Było w nich coś niesamowicie pięknego, a jednocześnie tajemniczego i niedostępnego. Podobne odczucia towarzyszyły mi lekturze dzieł małżeństwa Centkiewiczów.

Teraz, po wielu latach, pejzaże dźwiękowe Boreal Taiga przypominają mi tamte czasy. Na płycie znalazło się dziewięć dłuższych kompozycji, z których większość trwa ponad siedem minut. Muzyka jest bardzo spokojna i składa się z minimalistycznych ambientowych brzmień, poprzecinanych gdzieniegdzie szumami i szmerami (coś podobnego możemy usłyszeć na minialbumie Sigur Rós Ba Ba Ti Ki Di Do). Częsty element stanowi także dźwięk przelewającej się wody, nawoływania ptaków oraz silnych podmuchów wiatru. Jimde stworzył album, który idealnie nadaje się do wysłuchania podczas popołudniowej drzemki w upalny, letni dzień. Nie oznacza to bynajmniej, że dzieło pozbawione jest walorów artystycznych – wręcz przeciwnie. Gdy za oknem skwar, arktyczna symfonia pozwoli nam ochłonąć oraz przenieść się w odludne królestwa niedźwiedzi polarnych, porostów i sów śnieżnych. Z pewnością będzie to ekskursja obfitująca w doznania duchowe i wewnętrzne wyciszenie. Wydaje mi się, że takie wyprawy stają się koniecznością w dzisiejszych czasach, gdy Materia przerasta Ducha, a sztuka ulega desakralizacji. Arctic Remixes wejdzie w kanon waszej estetyki, jeśli potraficie odnaleźć piękno w obserwowaniu późnopopołudniowego nieboskłonu, pokolorowanego zimowym, bladoróżowym inkarnatem.