IMG_0036[1]
komentarzy

Black Sun Productions od podszewki cz.6 (ENOERAEW)

Jednodniowy poślizg z kolejną częścią felietonu o Black Sun Productions nie zakłócił porządku, ani nie wzbudził głosów gniewu. Startuję więc bez obaw z zaprezentowaniem pierwszej z dwóch części o roku 2009.

Wraz z wydawnictwem ENOERAEW, duet performerów stworzył kilka alternatywnych wersji tejże płyty. O ile treść podstawowego dysku jest powszechnie znana, i w każdej wersji materiał na niej był ten sam, o tyle płyty w edycjach specjalnych zawierały materiał unikatowy.

Zacznijmy jednak od wydania. Nie mogłem nie ulec pokusie zakupu edycji kolekcjonerskiej. Istnieją dwie, z czego ta bardziej limitowana, albo oferowana jest za kosmiczną kwotę, albo jej zwyczajnie nie ma.
Moja kopia nie jest sygnowana numerem. Poza tym, dzięki uprzejmości celników, dotarła do mnie w strzępach, w otworzonym pudełku, wytartym do granic możliwości złotym worku oraz ze zdrapanym częściowo lakierem z zapalniczki (której na zdjęciu nie ma – zaginęła w akcji). Mając na uwadzę naprawdę chorą cenę za to wydawnictwo, mimo wszystko nadal uważam je za unikatową, a zarazem wyjątkową pozycję na mojej półce.

Całość wedle zdjęć powinna być umieszczona w owym worku, a następnie w drewnianym pudełku, które… okazało się być zwykłą tekturą z nalepioną naklejką imitującą drewno. Wewnątrz mamy pocztówkę (dostępną także w zwykłej wersji DVD, więc dla mnie to żadna gratyfikacja), oraz z trzema płytami i zapalniczką wraz z trzema dyskami.

Trzy płyty to odpowiednio – dysk z ENOERAEW, bonusowe mini CD spryskane złotą farbą, oraz bonusowe (mini) DVD ze srebrnymi odciskami (niekoniecznie palców).

Numer startowy, to stały zabieg u BSP, mianowicie – rozmyty, lakoniczny wokal na tle przedziwnej elektroniki. Bardzo ładny otwieracz tej znakomitej pozycji. Następnie napotkamy We are Here, który ma potencjał wręcz radiowy, przez bardzo zgrabną rytmikę i zawodzący głos Pierce’a Wyssa. Nie dłużąca się, piękna, nostalgiczna kompozycja.

Następnie atakuje nas połamaną elektroniką remiks Chemism, brzmiący jak zupełnie nowy utwór. Dla mnie zresztą, jako fana formacji, taki zabieg jest bardzo ciekawy, a to za sprawą różnorodnych NOWYCH środków wyrazu.

Sweet Home Under White Clouds to cover Virgin Prunes, z zawodzącym wokalem Wyssa (w manierze znanej z fantastycznego utworu Johnny Over the Sea), któremu towarzyszą pojedyncze dźwięki plemiennego bębna i wysokiego dźwięku generowanego prawdopodobnie elektronicznie.

Utwór tytułowy rozpoczyna się niewinnym, człapiącym reverbem jednego dźwięku i sampli znanych z Chemism. Utwór-kolos, bo trwający prawie dziesięć minut, rozwija się bardzo powoli, wręcz dostojnie, zwiastując istną burzę, począwszy od rytmicznej elektroniki na pograniczu techno i EBM, aby w dalszej fazie pójśc w kierunku tripujących, psychodelicznych historii z efektywnymi plamami rozciągniętych wokali. Misterium w oparach środków odurzających.

Smell Undefined to większy konkret, mocniejsza dynamika, nadal elektronika na pograniczu słuchalności, z powodu wysokości dźwięku.W oparach ambientowych sampli pod spodem i kolażowych pojedynczych dźwięków wydawanych przez paszczękę jednego czy drugiego – brniemy przez ponad pięć minut.

Remiks Uncle Billy ukazany jest w bardzo plemiennym charakterze, z wykorzystaniem industrialnych dźwięków w tle, kojarzących się z dokonaniami Einsturzende Neubauten.

Homoccult to kierunek elektroniki na wyższym progu. Bardzo transowy, znowu celujący w EBM, zachowujący jednak cechy BSP (schowany pod głównym motywem klawiszowy motyw). Wszystko to ma swoje wytłumaczenie i logiczny sens, ponieważ za muzykę na tym albumie odpowiada Bahntier, czyli Stefano Rossello, natomiast duet performerów jest zaledwie odpowiedzialny za wokale, chórki i efekty.

Dark ambientowo-noisowe interludium, będące jednym z ostatnich utworów na płycie podstawowej, bardzo solidnie wprowadza nas w świat Do Not Stand at My Grave and Weep, który podcina słuchacza i wdeptuje w ziemie. Ta kompozycja, której siła perswazji i potwornie dołujący charakteru idealnie sprawdza się jako podbicie skumulowanej depresji, jest jedynym z najsilniej naznaczonych piętnem rozłamu między performerami, który miał nastąpić już za kilka lat.
Przepiękne, dronowate klawisze, przy których w tle pobrzmiewają przeszkadzajki, wytwarzają opary naprawdę niszczące. Po niecałej minucie wkracza na scenę głos Massimo, który wyśpiewując swoim niskim wokalem inkantacje tworzy iśćie katedralny nastrój, pełen smutku i rozpaczy. Nie wspomnę nawet o tekście, który w samej warstwie tyutułowej bardzo wyraźnie wskazuje jego temat. Człowiek po takiej podróży skierować się może tylko w kierunku piekła. Niespodzianką więc wydaje się być umieszczenie bardzo lekkiego i ciepłego w wymowie utworu Summer 1969 na samym końcu.

Czas wspomnieć o dodatkowych mini CD i DVD. Kwestia z tym drugim jest jasna: otrzymujemy dwa teledyski – pierwszy do Uncle Billy (dostępny w sieci) a drugi Bahntiera – Low. I o ile pierwszy jest stosunkowo ciekawy, łądnie zrealizowany i towarzyszy mu fajna muzyka, tak w przypadku Bahntiera teledysk obejrzałem tylko raz. Pojęcia nie mam dlaczego, ale ten obraz wprawia mnie w przerażenie. Poważnie. W internecie także można go obejrzeć.

Złota CD zaś odkrywa przed nami trzy utwory: Can’t Help a Dead Man (Grace Rmx), E’la Vita Che va, oraz Lost Innocence (In a Dream). Pierwszy utwór to kroczące w średnim tempie techno dziwadło z paranoidalną inkantacją Pierce’a Wyssa. Drugi to dynamiczny i rytmiczny odpowiednik pierwszego utworu, zaśpiewanego przez Massimo kompletnie poza rytmem. Rozwój utworu nie przynosi innych skojarzeń poza dziwacznym techno występkiem, nijak nie wpasowującym się w żadną z płyt poprzednich. Najciekawszym utworem jest utracona niewinność, z pięknymi dźwiękami instrumentu strunowego o charakterze orientalnym, któremu wtórują generowane elektronicznie dźwięki klawiszy, cymbałów i rozpaczliwych zaśpiewów Massimo pod koniec. Utwór dużo bardziej interesujący formą i chrakaterem od poprzedników.

Ogółem, gdyby podsumować wydanie rozszerzone – tak dużych pieniędzy nie jest ono warte. Ale fanem i kolekcjonerem jest się bez względu na ponoszone koszta.
Już za tydzień wspomnienie o jedynym oficjalnym live zespołu – Porno Teo Kollosal.