pobrane
komentarzy

Black Sun Productions od podszewki cz.2

Z tygodniowym poślizgiem przed wami nowa część felietonu o BSP. Dziś o roku 2006.

Ów został zapoczątkowany znakomitą EPka Im Gegenteil, której w niedalekim czasie towarzyszył kolejny soundtrack do porno. Zwiastował on limitowaną (wg kolejności wydań): EPkę Once in a Full Moon,  podwójny longplay The Impossibility of Silence, oraz singiel wydany na siedmiocalowym winylu, promujący wydaną rok później (notabene genialną) Chemism.

Once in a Full Moon to EP zawierająca 33-minutową wersję Once in a Full Moon, z wydanej kilka tygodni później Impossibility of Silence, oraz bardzo smaczny remiks Johnny Over the Sea. Utwór tytułowy opisany jest na longplayu jako oddanie hołdu księżycowi. Rzecz nagrana jest w bardzo konkretnych okolicznościach i kwadrze. EPka sprzedawana jest na stronie zespołu za niebotyconną cenę (bo niby taki rarytas), za to hieny z discogs ten wielce limitowany nakład sprzedaje w sztukach dwóch, fabrycznie zapakowanych… za połowę ceny (równowartość ostatniej Phantasmata Domestica).

Impossibility w dużym skrócie zawiera utwory przerobione z EPki Toilet Chant, kolaże z wycia Johnna Balance’a, dekonstrukcję Solar Lodge Coil, szereg odrzutów, field recordingów i śmieci nagranych podczas performance’ów we współpracy z Val Denham. To już bardzo konkretna era wyznaczona przez powyższą EP Im Gegenteil (swoją drogą dziesięć razy bardziej konkretną, i zawierającą po prostu wybór najlepszego materiału z ciężkostrawnej na jednorazowe posiedzenie Impossibility). Po tak wybiórczym potraktowaniu tego materiału, nakreślę go bardziej.

Sewage Symphony to niekończące się, jednostajne wycie, które zapewne w oryginale trwało ze dwie minuty, ale że chłopaki polubili taplanie się w tej swojej dusznej, chaotycznej mgle, to przeciągnęli utwór do minut sześciu. Bardzo zbliżony jest czas trwania Autopsia di un Poeta z melorecytacją Massimo i sympatycznym podkładem, w którym dzieje się o wiele więcej niż w zwyczajnie nudnym Sewage. A Tree Now czaruje transowym rytmem, silnie nawiązującym do dokonań Coil z ich pseudo-techno okresu. Down the Lane to kakofoniczny kolaż field recordingu, elektroniki, pianina, gwizdania i glitchowych historii. Jeden z większych dziwadeł na płycie. Yesterday’s Dream to już Coil z płyty LSD w pełnym wymiarze, Ode to Oetzi to zaś BSP z OperettAmorale. Piękne połączenie przydymionej elektroniki z subtelnym fortepianem, pod koniec otoczonym zapętloną, recytowaną, bełkotliwą frazą. Yorkshire Hills to rzecz śpiewana przez Pierca zawodzącym głosem, któremu akompaniuje ambientowy podkład. The Skunk to sapanie, krzyki i rozstrojone pianino wwiercające się w głowę bardzo boleśnie. I znów odniesienie do Coil. Ten i następny – El Grito – to jakby utwory-odrzuty ze Scatology Coil, którym towarzyszy teatralna melorecytacja Massimo. Wrażenie ponownie psuje kompozycja będąca stricte BSPowa. Vultures and Vagaries to rzecz charakterystyczna, bo ten klimat pojawi się ponownie na płytach ze zwierzątkami morskimi, o czym później. Spermatic Cord to znowu kierunek Coilowo-soundtrackowy. kończący pierwszą płytę.

Drugą, So Below, otwiera Plenillum będący wycinkiem z EP Once in a Full Moon, pozostawiającym duży zawód, bo znowu (!) mamy do czynienia z rozciągniętym w nieskończoność, bezsensownym trackiem, którego złe wrażenie nie zakrywa nawet kolejny – Backbone, równie mocno wydłużony, z banalną konstrukcją trzech sampli i ambientu w tle. Jako ciekawostkę powiem, że jest to… cover Testing Vault. Pozostawmy to bez komentarza.
Dość mocno ratuje sytuacje Murdered Sins, w którym pojawia się znakomita Lydia Lunch. Utwór jest czymś w rodzaju ścieżki dźwiękowej z bardzo klimatycznego horroru.
Jeżeli ktoś nie miał do czynienia z EP Im Gegenteil. To A Well Hung Monk bardzo ładnie przedłuży przyjemność z poprzedniego utworu. Z racji tego, że ja ten utwór znam, znowu zaklnę w duchu, że chłopaki idą na łatwiznę obcinając o minutę utwór i wrzucając go na longplay.
Zdziwienie przynosi Ov Silence, brzmiący jak dziecięca piosenka śpiewana przez Pierca, a potem kolejna powtórka z rozrywki – znakomity God?, po którym poprzeczka się podnosi, bo przed nami bardzo fajny industrialno-noisowy A Furry Waiter oraz Solar Lounge, będący przearanżowanym Solar Lodge Coil, w mojej ocenie spokojnie mogący zostać podpisany obiema łapkami Massimo i Pierca. Potem następuje kolejna niespodzianka: cover utworu Lala Watersona i Oliver Knighta – Flight of the Pelican z płyty o dziwnie znajomo brzmiącym tytule Once in a Blue Moon. Rzecz o tyle dziwna i eklektyczna, bo zagrana na gitarze akustycznej przez Pierca, której przyśpiewuje (a nie jak dotychczas melorecytuje) Massimo. Rzecz naprawdę ładna i przystępna, bo niebrzmiąca jak większość utworów, w których ów śpiewa – niczym mnisze inkantacje. Trzy ostatnie utwory traktuję jako jedność, ponieważ są bardzo konsekwentnie złożone. Przed nami więc szykuje się świetny kolaż dźwiękowy z motywów z programu telewizyjnego, poprzedzony interludium, zakończony pięciominutowym Once in a Full Moon. Czy różni się od Plenillum bądź też wersji z EPki? Minimalnie.

Kolejna część traktować będzie o siedmiocalowym singlu Uncle Billy oraz o Chemism, z kolei kolejny felieton o Lanthierze rozpoczniemy za tydzień, od pierwszego longplaya Deadfly Ensemble.