a3107672541_10
komentarzy

Beach House – Depression Cherry [Sub Pop/Bella Union; 2015]

Trzy lata to względnie duży okres czasu. Niektóre zespoły w ciągu roku od wydania jednej płyty potrafiły udać się równią pochyłą, prowadzącą w dół do kolejnego albumu. Ale nie Beach House. Dream popowe duo Victoria Legrand/Alex Scully z Baltimore w stanie Maryland potrafiło w stosunkowo krótkim czasie wytworzyć sobie sprawdzony i zawsze chwytający za serce sposób na zainteresowanie słuchacza kompozycjami, które choć z reguły opierały się zawsze na bardzo podobnej idei, to jednak zaskakiwały czymś nowym, a przynajmniej robiły to co wcześniej, ale jakby coraz lepiej, z większą dozą profesjonalizmu. Od 2006 roku Amerykanie czarują niespotykanym wcześniej i tak charakterystycznym (jakby mieli na niego monopol – a najprawdopodobniej mają) dysonansem pomiędzy miękkim, łagodnym głosem Legrand, wchodzącym jednocześnie w pewną kolizję, a paradoksalnie również syntezę z nierzadko naprawdę mocnymi, gęstymi instrumentaliami, co w efekcie dawało piękną, onirycznie płynną fuzję tak niełatwą do podrobienia (na tyle niełatwą, że nie słyszałem jeszcze bandu, który mógłby zostać pomylony z Beach House), tak hipnotyczną, leniwą, z tymi a’la surfowymi riffami i drżącą ścianą syntezatorów. Wydane w 2012 Bloom okazało się nie tylko gigantycznym sukcesem branży muzycznej, ale na swój sposób stanowiło również medialne samobójstwo, a przynajmniej jego próbę – obiektywnie trudnym byłoby przeskoczenie poziomu ostatniej płyty. Trzeba się było naprawdę postarać. Cóż, Scully i Legrand bardzo się postarali.

Depression Cherry tak naprawdę robi niewiele nowego, ale tak jak wspomniałem – to robienie „niewiele nowego” zawsze stanowiło o klasie BH i trzymaniu przez duet w miarę równego poziomu. Po co odstępować od reguły, która okazała się dla bandu nie tylko sprawdzoną maszynką do robienia pieniędzy, ale i stanowi genialny obraz pasji, która wciąż przemawia przez muzykę tego dream popowego duetu? To, czy Depression Cherry spodoba wam się bardziej niż poprzednie wydawnictwa zależy tak naprawdę od kilku rzeczy. Jeśli lubiliście w Bloom lub Teen Dream bardziej spokojne, jednostajne kawałki, które mało mają w sobie ze zmienności, ale zaledwie jednym ciepłym motywem na syntezatorze sprawiały, że miękły wam nogi w kolanach, a oczy same zamykały się i zatapialiście się w letnim klimacie BH – DC będzie płytą dla was i najprawdopodobniej uznacie je za magnum opus zespołu. Natomiast jeśli woleliście bardziej energetyczne, bogatsze i bardziej wyraziste partie instrumentalne, drapieżniejszą gitarę i przeszywające bębny – DC tak czy siak będzie się wam podobało, bo to tak naprawdę bardzo dobra płyta w stylu starego dobrego Beach House. To ponownie czarujące motywiki możliwe do nauczenia na gitarze w jakieś 10 minut, to wciąż quasi-poetyczny sposób zalewania naszych słuchawek elastycznym, jakby bardziej przynależnym do grupy instrumentów głosem Victorii Legrand, to niezmiennie stary i sprawdzony artystyczny minimalizm, który jest na tyle bogaty w swojej ubogości, że żadne z nas, zwykłych śmiertelników, nie mogłoby zagrać tribute’u Beach House, o ile nie bylibyśmy samym Beach Housem. Jedyna największa zmiana, którą mogę dostrzec w kompozycjach zawartych na Depression Cherry to swoiście większy potencjał koncertowy – wiele ze spokojniejszych pięciominutówek brzmi dużo „bardziej” niż na zeszłych płytach, to utwory, które na koncertach mogą robić największą furorę i być tymi najbardziej hałaśliwymi – należą do nich między innymi otwierające album Levitation, następujące niedługo potem Space Song (nie było trafniejszego tytułu niż właśnie ten), czy wibrujące i rozedrgane do granic Bluebird.

Niewyraźne, zamazane, dźwięczne – takie jest właśnie nowe Beach House. Brak tu jakiejkolwiek ekwilibrystyki gatunkowej, ale przecież nie o to chodzi. Po to przecież słuchamy Beach House, żeby poobcować z ich autorskim tworem. A tutaj już od pierwszych dźwięków wiadomo z kim obcujemy. Idealna płyta na zakończenie lata.