atari_teenage_riot_remix_contest_pic2_big_by_NicEndo
komentarzy

Atari Teenage Riot – relacja [10.10.2015; Klub Ucho]

Zanim wszedłem tamtego pamiętnego sobotniego wieczoru do gdyńskiego Ucha, byłem w posiadaniu paru esencjonalnych wiadomości na temat muzyki Atari Teenage Riot i bandu samego w sobie. Wiedziałem, że niedawno obchodzili dwudziestą trzecią rocznicę istnienia. Że wywodzą się (w dużej mierze) z Niemiec, ale w swoich kawałkach są zasadniczo mało niemieccy. Miałem świadomość tego, że wielu młodych twórców hardkorowej elektroniki czerpie z nich całymi garściami, nawet jeśli się do tego nie przyznaje (ale gwarantuję, że każdy jest w stanie to wyczuć). Wiedziałem, że wieczór był bardzo chłodny. Nie wiedziałem jednak, że już niedługo zacznę błagać o uruchomienie klimatyzacji.

Zacznijmy od tego, że klub wypełnił się po brzegi, co było pierwszym czynnikiem świadczącym o tym, że mamy do czynienia ze swoistą legendą. Na poparcie tego argumentu dodam, że (jak niedługo wszyscy mieliśmy sobie uświadomić) publika zebrała się z różnorakich zakątków całego świata. Trio pojawiło się niemalże punktualnie na scenie i zagrało set jak należy od A do Z, włączając w to solidny encore, którego dosyć odczuwalnie domagała się publika. I na tym mógłbym skończyć ten opis. Ale przecież to nie o to chodzi, choć jak bardzo bym się nie starał, to i tak nawet w czwartej części nie oddam pisemnie (a nawet werbalnie!) tego, co rzeczywiście odczułem tamtego wieczoru, znajdując się gdzieś w epicentrum tej spoconej, energetycznej  masie ludzkiej, która przez swoją solidarność i jedność baunsu bardziej przypominała żyjący organizm niż odseparowane od siebie jednostki. Jeśli chodzi o poziom „koncertowości”, to ATR wyrywa się gdzieś ponad skalę – sztuką jest łoić przez bite półtorej godziny i od pierwszego kawałka wywołać solidny moshpit, i to wszystko bez żadnego przynudzającego supportu. O sile tego bandu na lajwie świadczy też umiejętność zagrania tak naprawdę dosyć jednostajnego setu tak energetycznie i z taką pasją, jak zrobiło to wczorajszego wieczoru ATR – i choć, przyznaję bez bicia – z pewnością nie należę do największych fanów ich studyjnego grania (odczuwałem, jakby ciągle umykała mi jakaś ich esencja, która innych aż biła po oczach), to wszystkie te kawałki które znałem z domowego zacisza zrobiły mi z mózgu jedną wielką i rozpikselowaną paćkę, o którą po cichu modliłem się przed koncertem. Takie właśnie występy lubię najbardziej, kiedy zespół ma na nich szansę się zrehabilitować w moich oczach. Tym razem nie było inaczej.

Nawiasem mówiąc – Alec Empire okazał się bardzo porządnym gościem i bez trudu zjednał sobie sympatię publiki swoją naturalnością, przybijaniem piątali z kim się dało i opowiadanymi historiami, z których jedna – co ostatnio dosyć powszechne (patrz – Mark Kozelek) – uwzględniała polskie korzenie muzyka. Miłym akcentem okazał się fakt, że Gdynia nie bez kozery zawsze figuruje na trasach ATR – to właśnie stąd pochodził dziadek założyciela zespołu i to właśnie – jak sam powiedział – jest winien swojemu przodkowi. Oznacza to więc, że band jeszcze nie raz zawita na północy Polski. I oznacza to, że pewnie jeszcze kiedyś pojawię się na ich występie. Bo czasami trzeba przeżyć taki buntowniczy reset od szarej codzienności. I przy okazji dowiedzieć się, jak to jest trzymać fason i po tylu latach robić taką samą rzeźnię jak dwadzieścia lat temu.