deluxer
komentarzy

Astrobrite – Deluxer [BLVD records; 2015]

Ktoś kiedyś powiedział, że aby osiągnąć sukces należy oddać dwa równe skoki. I nie wiem dlaczego Astrobrite skoczyło więcej niż dwa razy, przy czym ostatni skok znacznie odstawał od reszty. Tak, w tym negatywnym sensie. Nie wiem co się stało i dlaczego się stało. Aby rozjaśnić trochę tę bezkształtną zbitkę wyrazów o wydźwięku przeważnie pesymistycznym, musimy cofnąć się w czasie jakieś dwadzieścia lat – do złotych „najntis”. Nadchodzące nowe milenium na nowo rozbudziło w artystach skrajny dekadentyzm (a przynajmniej ja tak sobie to tłumaczę), co w widoczny sposób odbiło się na ich dziełach. Na potrzeby portalu, na jakim znajdujesz się, drogi czytelniku, uwzględnię tutaj jedynie kwestię muzyki, a konkretnie shoegazu, który stał się wyrazem wszechogarniającej melancholii, smutku i rozpaczy (wyrażonej i tak w dość łagodny sposób). Jasnym jest, że na myśl od razu przychodzą wam losowe wyrazy kojarzące się ściśle z tematem – multum efektów, Fendery Jaguary, Lovelessy wszelakie, a na dokładkę – Stacje Kosmiczne Suwałki. No Astrobrite, który był tym, czym obecnie jest Arctic Monkeys dla indie rocka – kolejny taki zespół grający ponownie taką muzykę, tak bardzo podobną do całej gatunkowej ekipy. No po prostu, ściana dość harmonicznego i melodyjnego hałasu przy akompaniamencie poetycko wylewanych hektolitrami żali – a stosowane przez wszystkich porównania do MBV mają chyba na myśli shoegaze w ogólnym tego słowa sensie. Przecież MBV nie ma monopolu na szugejz, czyż nie?

Do rzeczy – Deluxer. Odczuwam niemały paradoks – ten album to jakby powielenie przestarzałych już rozwiązań (jakby muzycy na wzór Walta Disneya otoczyli się lodowym sarkofagiem i przebudzili się z hibernacji po latach), a zatem kalka poprzednich albumów budząca we mnie nic więcej jak tylko nudę, ale też ogromny krok w tył względem chociażby pierwszego długograja (Crush, notabene powstałego już w nowym tysiącleciu, ale co z tego, skoro EPki to wytwory ubiegłego), który reprezentował sobą kultowe i przewałkowane na miliard możliwych sposobów shoegaze’owe kredo, o którym w skrócie napisałem już we wstępie. Deluxer jakby usilnie stara się przywołać ducha starych czasów, co nie wychodzi mu w żadnym stopniu. Nie wiem, czy rezygnacja z melodyjności (co przecież budziło kompletny i doskonały kontrast między nią, a z definicji bezładnym hałasem gitar) miała być znakiem kroku w muzyczny modernizm, ale efekt końcowy wygląda jak kopanie leżącego i dobrowolne wyzbycie się czegokolwiek, co trzymałoby to wydawnictwo w ryzach powszechnej akceptowalności. Przy pierwszym odsłuchu zacząłem się gubić, przerwy między kolejnymi utworami przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, a wszystko (głównie z powodu tej gitarowej ściany, nad którą na tym wydawnictwie jakby nikt nie umiał zapanować) zaczęło przybierać kształt przepięknej (ten wyraz wypowiedz na sarkastyczną modłę) i bezkształtnej kupy dźwięków.

Dlaczego, panie, dlaczego – chciałoby się rzec, a właściwie to jedna z niewielu myśli, które automatycznie cisną mi się na usta. To boli, gdy wyczekujesz tyle czasu (około godziny – mam na myśli czas trwania tego wiekopomnego dzieła) na ten jeden punkt zaczepienia, a dostajesz nic poza hałasem, a tylko nim stoi ten album. Co za marnowanie tworzywa, z którego została wykonana ta płyta. Posłuchajcie chociażby Thief, następnie Cold, a potem Tiny Bright Spark. Jako przykłady podałem tutaj utwory kolejno z początku, wnętrza i końca albumu. I właściwie jedyna różnica, jaką potrafię w nich wskazać, to tytuł. Każdy z nich (mówię teraz o wszystkich dziesięciu utworach) bazuje na I-DEN-TYCZ-NYM schemacie. Wolno płynący pomruk z pogranicza eteryzmu-marzycielstwa wspierany bezwyrazowym wokalem niknącym w natłoku jednostajnego dźwięku, który byłby dobrym ambientem do jakiegoś fantasy audiobooka. Czy to jeszcze ten słynny Astrobrite, jeden z bandów swego czasu kierunkujących szugejz i nadających mu konkretnych ram?

Brak mi słów na to, co tu zaszło. Może to tylko ja, może tylko dla mnie shoegaze powinien mieć konkretny rytm, melodykę, wyraźny (pomimo gitarowej ściany) podział na instrumenty, a także istotną (pomimo technicznie koniecznego wycofania na tło) rolę wokalu. A wszystkie te elementy jakby kiełkują na Deluxer, i nie mam zielonego pojęcia dlaczego tylko kiełkują, skoro już ponad 15 lat temu ten sam zespół był w stanie wytyczyć sobie konkretne zasady obiektywnie sprawdzające się w praktyce, ale także trzymać się ich sumiennie. Miejmy nadzieję, że to jednorazowe potknięcie, bo jak wiadomo z przeszłości – Astrobrite solidnym zespołem jest i jak chce, to potrafi.