oea-cover-hqgcc
komentarzy

Artrosis – Odi Et Amo (2015; własne wydanie)

Z Artrosis znamy się nie od dziś. Może nie personalnie, ale za sprawą muzyki, która towarzyszyła mi od początku istnienia zespołu. Magda zarzekała, że najnowszy album będzie opozycją do enigmatycznego, przesyconego elektroniką i solidną dawką gotyckiej magii albumu Imago.

Z płytami Artrosis jest tak, że zwykle były równe. Z poprzedniej płyty wyłamywał się tylko Tysiąc Prawd – bo nagrany czy tam zakomponowany dużo wcześniej. Na Odi Et Amo również jest równo. Muzycznie. Tekstowo już niekoniecznie. Opakowanie także wyłamuje się z linii prostej… ale o tym za chwile.

Sabat, pełniący niejako rolę intra, uderza od początku wokalami przynoszącymi Lisę z Ukrytego Wymiaru czy tytułowego kawałka z Fetish, o czym za sekundę. Akompaniuje mu około orientalna melodyka wkrótce zmieciona ciężką zagrywką gitarową (która pojawiać się będzie dość często na płycie).

Zawijasy wokalne Magdy to bardzo częsta historia na płytach Artrosis – kto słuchał ten zna – kto lubi, temu i te się spodobają. Są jednak tacy, którzy od samego patrzenia na nazwę zespołu zakrywają się kopytami wrzeszcząc agonalnie, właśnie przez jej wokal. Pozdrawiam ich serdecznie z tego miejsca, gdzie zastanawiam się czy jestem wytrwały czy po prostu mi się podoba – dla wielu to kwestia sporna. Wróćmy do wokalu.

Spektrum możliwości Magdy na każdej płycie to względnie podobny mechanizm. Najciekawsze – te rozkosznie miękkie na Nie Zostało Nic czy potwornie zimne na Odium, do których to odsyłam (jak również do tytułowego kawałka z płyty – ale tam już z powodu całokształtu).

Warto wspomnieć, że dziś Artrosis brzmi odrobinę jak wtedy, w 1999 roku, kiedy to wypuszczali Pośród Kwiatów i Cieni, zaserwowali teledysk wywołujący odruch zasłaniania oczu ręką. Jest ciężko, rwanie, ale melodyjnie. Dziś podlane jest to elektroniką, która daje kolaż podobny, jaki zmontowała na ostatniej płycie Desdemona (początek Laudanum, w którym znajdziemy też bardzo zgrabną partię fortepianu). Nie jest to bynajmniej zarzut. Raczej uwaga dotycząca rozwoju brzmienia.

Patenty jakie stosuje zespół, dość skutecznie powielają się we właściwie wszystkich utworach. Irytuje człowieka w pewnym momencie ten sam zabieg fade in tworzący wrażenie raczej patetycznego wzlotu statku kosmicznego niż ciekawego zabiegu.
Nowością są na pewno zabawy z łamaniem dźwięku we wspomnianym już Odium, oraz gitara klasyczna w singlowym Nie Zostało Nic. Fajne rzeczy dzieją się w przesterowanym Błądzić Ludzka Rzecz mającym za pazuchą interesujące sample puszczane wspak oraz przestery około drugiej minuty. Utwór psuje infantylny tekst, cholernie kojarzący się z jakąś radiową papką.

Zatrzymajmy się na dłużej przy tej sprawie, bo o patentach powiedzieć trzeba także w nagatywnym tonie. Ja wiem, że klimaty, w jakich obraca się zespół dark/rock/gothic (niegdyś nawet industrialne) żądzą się swoimi prawami, i za wesoło być nie może w warstwie tekstowej, ale żeby się powtarzać?
Tekstowo Odium to Nie Tamta Już część druga, Za Późno By Śnić znów wplata motywy ściągania na dno (Doskonała z Imago).
Inspiracje inspiracjami (Doskonała to odpowiedź Medeah na film Czarny Łabędź), ale człowieka leje po pysku schematyczność, tak jak i powtarzanie w prawie każdym tekście słowa s e n. Osiem razy (!) w różnych formach. Przypominam, że (idąc za tytułem albumu i wywiadem z zespołem) Odi Et Amo oznacza: kocham i nienawidzę. Gdyby ta płyta wyszła w 1998 i nazywała się W Imię Nocy – nie byłoby rozmowy. Śmieję się, ale to naprawdę irytuje. Zwłaszcza, że w przypadku Artrosis zawsze zwracałem uwagę na teksty.

Drażni schematyczność i małą różnorodność utworów – cieszy czad, nośność i wpadanie w ucho (ale u nich tak zawsze było). Najbardziej ubolewam nad brakiem ascetyzmu, tej chorej atmosfery jaka dominowała na Fetish czy poprzedniczce. Nie porównam tej płyty do Con Trust, która prosiła się o użycie jej jako frizbi, bo zwyczajnie na to nie zasługuje. Powrót do czadowości kompozycji nie zrobił z Odi Et Amo drugiego kontrastu, i całe szczęście. Niemniej – materiał nie przypadł mi tak do gustu jak poprzedniczka. Ale to wyłącznie mój subiektywny wtręt. Tyle.

Pozostał mi na koniec tylko jeden fakt:

Płyta wydana została przez zespół własnym sumptem w formie digipacku, którego wygląd (okładka/grafiki/użycie fontów) przemilczę. Chciałoby się zapytać gdzie była Ell wraz z Kubickim, którzy zmiażdżyli konkurencje przepięknymi zdjęciami (E) i wykonaniem wkładki (K) do Melange i Fetish? 

Swego czasu miałem pod promo utworem udostępnionym przez zespół dyskusję z człowiekiem, który stwierdził, że to muzyka powinna się bronić. Broni się, owszem, ale kiedy otrzymuję produkt w byle co – wartość spada. Zwłaszcza, jak zespół obchodzi swoje dwudziestolecie.