12144805_10153780141643816_2143311321228991651_n
komentarzy

ARIEL PINK, support: JACK NAME – Festiwal Ars Cameralis 2015

Doszły mnie zewsząd słuchy, że support może okazać się czymś wyjątkowym, że przysłonić może gwiazdę wieczoru, że będzie pan zadowolony. Wszystkie te słowa podsumowujące Jacka Name’a niby się pokładały z prawdą, niby przyniosły ze sobą jako taki obraz sytuacji. Niby.

Jak to u psiapsiół bywa – nasz nadworny szaleniec, co to na debiutanckich krążkach wykorzystywał własne kolana do wytwarzania dźwięku, zaprosił do współpracy na trasie koncertowej tego właśnie Dżeka, no i ów Dżek supportował, nie? Więc chłop wyszedł w towarzystwie pana dotykającego dwa do czterech klawiszy na kibordzie i przez dwadzieścia kilka minut raczył nas bardzo fajną mieszanką transowo-tanecznej, wypełnionej loopami elektroniki (przy akompaniamencie rozmytej gitarki).
Wszystko miałoby ręce i nogi, gdyby ów pan pamiętał o pojęciu „zgrabnie”. Zgrabnie zacząć, zgrabnie skończyć. Utwory kończyły się niespodziewanie, bez zapowiedzi, niegrzecznie, zaskakująco, irytująco. Zaczynały właściwie podobnie, podsycając wrażenie obcowania z twórczością aroganckiego buca, nie dbającego o publikę, nie zagadującego co rusz zgrabnym „hałzygonbroz majnejmzispeł…”. A nie, to nie ten wodzirej.

No ale to muzyka jest istotna – a ta obroniła sie bardzo bardzo. Jazgotliwie, enigmatycznie (przepuszczenie większości dźwięku przez shoegazową mgłę) i różnorodnie. No a poza tym to osobowość, co to zmienia co chwila swój artystyczny pseudonim, jest taka zawoalowana i nie podana na tacy, bla bla.
Doświadczenie ciekawe, głównie za sprawą otoczki, która towarzyszyła muzyce (znanej z ostatniego albumu JackaWeirds Moon, której się chyba jednak nie połaszczę ocenić).

Z Arielem Pinkiem było zupełnie inaczej. Była introdukcja, było narastanie emocji, Ariel w zwiewnej kiecy, sporo kabaretu, mnóstwo rocka (ukłon do bitelsowskich plumkań), ale i trochę zawieszenia. Pan Pink na równi ze swoim zespołem Haunted Graffiti wypuszczał z siebie opary zdrowego szaleństwa, uświadamiając niedowiarkom, że śpiewać potrafi jak chce, a i szoł zrobi porządne, co to publiką wstrząśnie, jednostki wprawi w ruch, a i u pojedynczych osobników drgawki wywoła (bo za ciasno było na pogo).
Nie brakowało zaprzeszłych czasów w brzmieniu, psychodelicznych zawijasów klawiszowych, noisowych smaczków, melorecytacji, histeryczno-psychiatrycznych wrzasków, rozciągniętych w nieskończoność walców ambientowo-elektronicznych, po których z pancurową siłą rozbrzmiewał jeden z rzewniejszych hitów. Wyjątkowy koktajl dźwiękowo-osobowościowy. Fajny koncert nam zorganizowało Ars Cameralis.

Poniżej zdjęcia z koncertu autorstwa Radosława Kaźmierczaka:
Tutaj (bo moje ajfonowskie są beznadziejne, dlatego zamieszczam je na swoim blogu )