Folder
komentarzy

Arcturus – Arcturian (Prophecy Productions; 2015)

Głosy były podzielone od początku. Jedni jazgotali, inni zacierali łapska, kolejni zaś unosili wargę z przekąsem. Co prezentuje nam najjaśniejsza gwiazda avantgarde?

The Arcturian Sign to już właściwie sztandar, który już w pierwszych dwóch minutach transformował płytę z pozycji uśpionego przez dziesięć lat monstra w wielogłową hydrę, siejącą kontrolowany chaos.

Crashland, to takie właśnie monstrum z połamanymi nogami, ale za to otoczone anielską aurą poprzez naprawdę urokliwy refren, rozkładający na łopatki zaśpiewem Vortexa.

W takim Angst na przykład, nasz obywatel przy wtórującej mu kanonadzie perkusyjnej wydobywa z siebie dużo więcej, w dodatku w swym ojczystym, norweskim języku. Wszytsko podlane w Arcturusowym sosie, pełnym bardzo rozchechłanych, wzniosłych dźwięków, których na płycie co nie miara. To już taka marka, nie przyzwyczajajcie się jednak.
Płyta jest tak rozłożona w kolejności poszczególnych kawałków, że każdy jeden ma za zadanie zatrzeć odrobinę wrażenie po poprzednim utworze, a jednocześnie pokazać nową twarz. Tak jest z Warp’em na przykład, który cechy wspólne z poprzednimi utworami ma chyba tylko pod względem wokaliz pana V
.
Bardzo fajnym wołomem jest niemalże synthpopowy, do cna przebojowy Demon czy Game Over niemal wyjęty z The Sham Mirrors, rozpoczynający się jednak dużo szlachetniej – od dźwięków fortepianu.

Z płytami Arctrus jest tak, że towarzyszy im zwykle niemal soundtrackowy charakter. Tak tez jest w Pale, który ma wiele z tego, co nazywane jest TAMTYM Arcturusem. Utwór ma coś z otwierającego płytę Arcturian Sign, który zresztą doskonale obrazuje całą zawartość płyty.

Wracając jednak do Pale – zaobserwujcie jak ciekawie zmienia się dynamika utworu pod koniec. Vortex bazuje tu na bardzo wysokich rejestrach, na koniec uderzając potężnym skrzekiem, mogącym kojarzyć się ze słynnymi popisami Lexa Icona z The Kovenant. Niewiarygodne wrażenie robi zerknięcie na creditsy, w których pod wokalami na całej płycie stoi wyłącznie ww obywatel (nie, nie ten z Kovenant).

Kolejnym z wyłomów na liście to istny brzmieniowy kolaż – The Journey. Od syntezatorów, przez smętne skrzypce, kosmiczne loopy, aż po coś na kształt wszystkiego co powyższe ze szczyptą akustycznych gitar na wierzchu. Brzmi dziwnie? Brzmi przede wszystkim awantgardowo, co potwierdza przedostatni – Archer, zaczynający się jak połowa utworów Dimmu Borgir, od nawałnicy smyków. Nie zagrzewają jednak zbyt długo miejsca, bo za moment przebija je wyjący gitarowy riff przy wtórze popisów Hellhammera. Co ciekawe, jest to jeden z bardziej spójnych i jednolitych uworów na płycie.

Na sam koniec pozostaje wisienka na torcie, czyli czerpiący z kabaretowych horrorów (czy, jak stwierdził inny waść redaktor – vodewilu) wspaniały Bane, w którym proporcje pomiędzy nowym i starym zostały doskonale rozłożone. Posłuchajcie tego, co wyczynia się na początku, bądź w zwolnieniu podczas czwartej minuty – oto wizja kosmicznego chaosu serwowana przez Arktura. Rewelacyjne zakończenie płyty, gdzie pobrzmiewają echa pierwszych dokonań zespołu jak i wspaniałej Ad Astry z La Masquerade Infernale. Płyta kolos. Ciężka, ale przynosząca ogrom satysfakcji.