Z pewnością zespołu The Rapture nie trzeba nikomu bliżej przedstawiać. Niemal każdemu ich nazwa obiła się kiedyś o uszy, a takie single jak "Get Myself Into It" czy "House Of Jealous Lovers" utkwiły w pamięci. Poprzez takie utwory, ich muzyka kojarzy się z ostrym, rockowym graniem. Wgłębiając się jednak w całą Echoes czy Pieces of the People We Love napotykamy ballady, których nigdy nie umiejscowilibyśmy w ich tracklistach. Na nowym, trzecim longplay'u, wydanym po pięciu latach przerwy, panowie rezygnują z typowych ballad, ale i rockowych szlagierów. Dostajemy więc zatem coś na pograniczu, a takie rzeczy często bywają pozbawione smaku. Czy w tym przypadku również?
Płyta brzmi bardzo dobrze po pierwszym i drugim odsłuchu. Utwory są skoczne i melodyjne co jest tutaj niemałą nowością. Zazwyczaj tworzyli dość skomplikowane muzycznie kompozycje, które spokojnie można byłoby przydzielić do kategorii "chaos". Tutaj natomiast wszystko jest uporządkowane, są to typowo wzorcowe kawałki czyli coś dla tych, którzy zaczynają swoją przygodę z komponowaniem i jeszcze dokładnie nie wiedzą jak stworzyć dobrą piosenkę. Ale wszystko co jest poprawne, w końcu przestaje kusić. Po kolejnych przesłuchaniach zaczynają irytować powtórzenia występujące na obu płaszczyznach, zarówno tej lirycznej (znając tytuł kawałka jesteśmy w stanie niemal od początku do końca współtowarzyszyć wokaliście, bo teksty nie są kopalnią słów) jak i muzycznej (perkusja w "Blue Bird" potrafi zamęczyć na śmierć). Prawdziwym magnesem jest singiel, wybrany doskonale. "How Deep Is Your Love?" wydawał się wspaniałą zapowiedzią płyty, przeszło 6-minutowy, wzbogacony o rzadko u nich wystepujący (jeśli w ogóle kiedykolwiek się pojawił) saksofon. Niestety nie ma nic gorszego kiedy singiel pozostaje tym najlepszym utworem na płycie. Oprócz niego warto jeszcze poznać tytułowy "In The Grace Of Your Love" oraz "Miss You", które nareszcie mnie uświadomiły, że w tym zespole istnieje coś takiego jak gitara basowa. Całość brzmi jak doskonałe połączenie sampli późnego Bloc Party z muzyczną wyobraźnią i kreatywnością Yeasayer. Słabe + dobre = NIJAKIE.
Nie można im zarzucić, że zrezygnowali z energicznego grania. Wręcz przeciwnie. Najnowszy album The Rapture można spokojnie ze sobą zabrać na imprezę i świetnie się przy nim bawić – a łatwo zapamiętywany tekst jest przy tym dodatkowym atutem. Nie odkrywają Ameryki, nie wprowadzają nowej mody, jest to najzwyklejsza, poprawna, indie rockowa płyta.
Dominika Groberska
Komentarze