Home » Recenzje » Currently Reading:

Lamb – 5

Wrzesień 7, 2011 Recenzje 1 Comment
lamb-5

Legendy trip hopu z nowym materiałem

Wykrystalizowany w połowie lat 90' gatunek muzyczny zwany trip hopem wyróżniał się przede wszystkim spokojnym tempem poniżej 80 bpm, romantycznymi dźwiękami oraz rapowanymi wokalami, gdzieniegdzie urozmaicany emocjonalnym smutkiem. Dziś, przypadkowo zapytany o prekursorów tegoż gatunku meloman, skojarzy co najwyżej Massive Attack i Portishead. Odpowiedź jak najbardziej trafna, ale nad czym niezmiernie ubolewam, naprawdę mało ludzi wspomni o pewnym duecie z Manchesteru – Lamb. Zespół, który zawsze stał na uboczu trip hopu, jest znacznie mniej docenianym w porównaniu z całą około-bristolską śmietanką. A krzywdząca postawa wobec duetu jest absolutnie niczym niezasłużona, wręcz przeciwnie, taka płytą jak What Sounds? udowodnili, że nie są wcale gorsi od wyżej wspomnianych legend.

Po wydanej w 2003 roku płycie Beetwen Darkness And wonder. zespół zawiesił działalność, lecz w 2011 roku postanowili wrócić z nowym materiałem, serwując słuchaczom dziesięć spokojnych, uroczych utworów. Co akurat w przypadku zespołu może trochę zaskakiwać, zważywszy na to, że Lamb nie ograniczał się tylko do spokojnych dźwięków, zwłaszcza jeśli przypomnimy sobie o debiutanckim Lusty.

Po pierwszym odsłuchu na pierwszy plan rzuca się bardzo skromne instrumentarium: pianino, spokojne sample, gdzieś tam smyczki, a całość jak zwykle dobrze potęguje głos wspaniałej wokalistki Lou Rhodes. Jeśli miałbym szukać odniesień stylistycznych, z których korzystał duet nasuwa mi się od razu Depeche Mode z okresu Ultry. Z płyty najbardziej pozytywnie wyróżnia się intro czyli świetnie zaczynający się Another Language, która przeradza się w cudowną piosenkę, stanowiąc przy okazji najmocniejszy punkt na płycie. Warto wspomnieć również o Butterfly Effect, najbardziej eksperymentalny kawałek na płycie, gdzie Barlow bardzo umiejętnie bawi się samplami z łatwo dostrzegalnymi inspiracjami Aphex Twinem oraz gościnny udział irlandzkiego muzyka Damiena Rice'a w Back To Beginning.

Płyta zaczyna się świetnie, ale niestety im dłużej z nią obcujemy, tym częściej napotykamy na wtórność i zadyszkę zespołu. Aż by się prosiło, żeby Barlow częściej wykorzystywał sample i przyśpieszył niektóre kawałki. Niestety nic takiego nie następuje. Pomimo znacznie słabszej i nużącej drugiej części wydawnictwa całość ciągle pozostawia pozytywne wrażenie. Jeśli słuchacie tych piosenek losowo będziecie zachwyceni, lecz jednak gdy puścicie jako całość po kilku kawałkach zaczniecie patrzeć na zegar ile jeszcze zostało do końca materiału. Płyta, bodaj najbardziej pasuje na deszczowe jesienne wieczory.

Tomasz Ciesiółka

Currently there is "1 comment" on this Article:

  1. Jacek pisze:

    ale to ja nie kumam. Przez trzy akapity mówisz, jaka to płytka jest super i w ogóle na miarę Massive Attack, a na końcu piszesz o wtórności i nudzie. Gdzie tutaj konsekwencja?

Comment on this Article:







facebook


Słuchamy

Komentarze

  • Hedoco:   Z przyjemnością informuję, że sklep Hed...
  • Polly: kocham Blur...
  • Sebastian Brzózka: Oczywiście, ale co dokładnie nie odpowiada jeżeli chodzi o p...
  • fd: Czy moglibyście coś zrobić z tym pieprzonym tłem i multum ni...
  • Polly: ...

Reklama

Reklama