ARCADE-FIRE-REFLEKTOR2
komentarzy

Arcade Fire (Berlin, Kindl-Bühne Wuhlheide, 18.06.2014)

Kiedy piszę te słowa, europejska część trasy koncertowej Arcade Fire promującej album „Reflektor” ma się ku końcowi. Na liście krajów, które odwiedził zespół zabrakło tym razem Polski. Wydawało się, że nawet niewyprzedany do końca koncert na Torwarze w 2011 r. będzie początkiem regularnych wizyt Kanadyjczyków w naszym kraju. Tak się jednak nie stało i aby zobaczyć jak prezentują się na żywo tegoroczni headlinerzy Glastonbury udałem się do Berlina.

Arcade Fire to zespół, który nagrywa płyty spójne, bliskie idei concept albumu. Założeń tych trzyma się też na koncertach. Oświetlenie, wystrój sceny, instrumenty czy stroje muzyków ściśle współgrają ze sobą i znakomicie uzupełniają graną muzykę. Należy zaznaczyć, że Kanadyjczycy nie poszli w kierunku Coldplaya, który dosyć umownie podchodzi do takich zagadnień.

Lokalizacja berlińskiego koncertu była praktycznie idealna. Położony niedaleko od centrum miasta park Wuhlheide i sama scena tworzą kameralną atmosferę. Nie jest to zjawisko częste, gdy mówimy o obiekcie, który może pomieścić ponad piętnaście tysięcy osób. Także w czerwcowy wieczór amfiteatr wypełniony był prawie w całości. Obawiałem się odbioru koncertu w słońcu, ale na szczęście zdążyło ono zniknąć za drzewami. Parafrazując Radiohead: wszystko było na swoim miejscu.

Na miejsce udałem się na kilka godzin przed koncertem, co zaowocowało tym, że byłem tam drugi. Nie minęło jednak dużo czasu, a zebrała się spora grupa ludzi, której znaczną część stanowili Polacy. Po otwarciu bram należało już tylko dobiec pod barierki i czekać na występ Owena Palletta i Arcade Fire. Muszę się przyznać, że wczesne przyjście zdecydowanie się opłaciło, gdyż miałem miejsce w pierwszym rzędzie na wprost Sary Neufeld.

Oczekiwanie na koncert umilał Steve Mackey z Pulp, który pełnił rolę DJ’a również między suportem, a Arcade Fire. Przed wyjazdem do Berlina nie zapoznawałem się zbytnio z solową twórczością Owena, co nie przeszkodziło mi w odbiorze jego półgodzinnego setu. Kanadyjczyk stworzył na scenie niepowtarzalny klimat, a swój występ podsumował słowami: „jeśli Wam się podobało, to zdaliście test”. W dwóch ostatnich utworach towarzyszyli mu również Richard i Jeremy z Arcade Fire.

Po kolejnych czterdziestu pięciu minutach przygotowań przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Na zlokalizowaną pośrodku amfiteatru „Scenę B” wszedł Mirror Man, zapowiedział zespół i… zaczął się najlepszy koncert w jakim uczestniczyłem. Pierwszy zagrali „Reflektor”, który płynnie przeszedł we „Flashbulb Eyes”. Bardzo trudno jest opisać to co działo się na scenie i pod nią w chłodny, obiektywny sposób. Od Wina biła niesamowita charyzma (chociaż trochę mu się jednak przytyło ostatnio), którą zaraził publiczność. Uśmiech nie schodził z ust Régine, a Will przez prawie cały koncert był w swoim własnym świecie tańcząc, skacząc i poruszając wszystkim kończynami w bliżej nieokreślony sposób. Ze swojej perspektywy najlepiej widziałem Sarę i przyznam się szczerze, że nie zamieniłbym tego miejsca na żadne inne. Od dawna byłem miłośnikiem jej solowych dokonań, a po tym co ujrzałem na żywo, przekonałem się, że jest istnym zwierzęciem koncertowym.

W trakcie „Flashbulb Eyes” Win wziął jeden z aparatów należących do fotografa i zrobił sobie zdjęcie z publicznością.

27543018,27526705,dmFlashTeaserRes,Arcade+Fire-17

źródło: www.berliner-zeitung.de

Nie był to jedyny przykład jego integracji z fanami. Po „Neighborhood #3 (Power Out)” zszedł ze sceny i stojąc na barierkach zaczął śpiewać „Rebellion (Lies)”. Obydwa utwory z „Funeral” były niezwykle energetyczne. W porównaniu z poprzednimi trasami koncertowymi skrócono jednak charakterystyczne przejście między nimi. Również w trakcie następnej piosenki („Joan of Arc”) tempo koncertu utrzymywało się na niesamowitym poziomie.

Przyszedł jednak czas na wyhamowanie. Nie spodziewałem się, że odegrają wtedy „We Used to Wait”, który jest w moim odczuciu jedną z ich najlepszych kompozycji. Przed „The Suburbs” Win wspominał swoją pierwszą podróż do Niemiec. Jego słowa znakomicie wprowadziły w nastrój utworu. A płynne przejście w „The Suburbs (Continued)” jeszcze spotęgowało doznania. Prawdziwą energetyczną petardą okazało się „Ready to Start”, po którym zagrali „Neighborhood #1 (Tunnels)” i „No Cars Go”. Wydawać by się mogło, że takie przeskakiwanie z utworów z różnych płyt i stylistyk uwydatni tylko traktowanie koncertu jako czegoś zaplanowanego od A do Z. Było wręcz przeciwnie. Mimo tego, że wszystkie przejścia były płynne, to nie czuło się, że muzycy tylko odrabiają pańszczyznę. Widać, że granie sprawiało im radość i żywiołowe reakcje publiczności były tego dowodem.

Od „We Exist” zaczęły się znowu piosenki z ostatniej płyty. Skrócona wersja „My Body Is a Cage” była tutaj wyjątkiem i stanowiła wstęp do porywającego „Afterlife”, który na żywo brzmi wręcz monumentalnie. Znakiem, że zostanie zagrany „It’s Never Over (Oh Orpheus” było udanie się Régine na „Scenę B”. Wydawało się, że zaraz stamtąd wróci, ale… została tam i odśpiewała swoje partie w „Supersymmetry”. Był to jedyny przypadek, że zagrali ten utwór w 2014 r. w Europie. A zrobili to w sposób absolutnie perfekcyjny. Przyszedł jednak czas na ostatni utwór z regularnego setu: „Sprawl II (Mountains Beyond Mountains)”. O ile nie byłem zbytnim fanem tej kompozycji, to radość jaka biła od Régine w czasie jego wykonywania, totalnie mnie urzekła i kupiła.

Gdy Arcade Fire zeszli na backstage na „Scenę B” weszli The Reflektors (którzy wcielają się na trasie koncertowej w tzw. fałszywy zespół) i zaczęli śpiewać „Komm, Gib Mir Deine Hand”, czyli niemieckojęzyczną wersję piosenki The Beatles. W tym samym momencie Arcade Fire zaczęli się przygotowywać do bisów, a ze sceny do publiczności przybiegł Will, który podpisał transparent Łukasza z hasłem „My Body Is a” i zdjęciem Nicholasa Cage’a.

Bisy rozpoczęły się od niezwykle energetycznego wykonania „Normal Person”, po którym przyszedł czas na „Here Comes the Night Time”. Jeśli ktoś wśród publiczności zachował jeszcze jakieś siły, to stracił je w trakcie tych dwóch utworów. Atmosferę podkręciło jeszcze wystrzeliwane z armatek konfetti. Amfiteatr zamienił się w jedną, wielką dyskotekę. A odśpiewany razem z zespołem „Wake Up” był cudownym zwieńczeniem wieczoru.

Nawet z perspektywy wielu dni trudno mi podsumować to, czego byłem świadkiem w Berlinie. Arcade Fire są obecnie w niesamowitej formie koncertowej i pozostaje tylko żałować, że nie odwiedzili również naszego kraju. Krążące plotki sugerują jednak, że zespół wróci do koncertowania w Europie w 2015 r. Jeśli tak się stanie, to życzę każdemu, aby miał możliwość zobaczyć ich na żywo. Warto.