cover
komentarzy

Ancient Vvisdom – Sacrifical (Magic Bullet Records; 2014)

Okultyzmy, szatanizmy, mroczna okładka, kozieł i owca – czyli jak zbudować upiorną atmosferę obrzędu okultystycznego, przedstawić miękką muzyczkę i patrzeć z satysfakcją jak tłum tańcuje do tych litanii.

Prosthetic Records znany z wydawania zespołów ze zwierzątkami w tytułach (naliczyłem kilka wilków, dyskografię owieczek bożych oraz stado płyt Kylesy) wydał dwa lata temu płytę AV pt. Deathlike, do której miałem okazję obejrzeć teledysk, co by się zaprawić w bojach przed opisaniem najnowszej płyty Ancient Vvisdom.

Oczy przecierałem ze zdumienia, bo po wielokrotnej sesji z Sacrifical scena układała się zgoła inaczej niż sądziłem. Więcej tu pogaństwa niż stonera z elementami folku, na którego byłem przygotowany. Więcej było tam obrazka Type o Negative i muzyki spod znaku Hexvessel. Doom, neofolk, hasztag occult. Po prostu.

I jak się tu odnieść do gładkiej, głębokiej i naprawde przepysznej przeszłości w zderzeniu z teraźniejszym klimatem, który nie ustępuje poprzednikowi, a wręcz przegania go (dosłownie i w przenośni), dając świadectwo niebagatelnego rozwoju w stronę szybszych i rzewniejszych rytmów i melodii?

Mimo że panowie bardzo usilnie próbują zapisać charakter swojej muzyki w pogaństwie i szatanizmach wszelakich (teledysk do We are Damnation), dziwi ten grunge’owo-bluesowy sznyt pod kołdrą occult rocka przypruszonego zaledwie szczyptą neofolku znanego z poprzedniego longplaya.

Magic Bullet Records, gdzie aktualnie znajduje się zespół, wydał sporo materiału Old Man Gloom oraz… Beastmilk, do którego moje skojarzenia pobiegły najszybciej, mimo zupełnie innej barwy wokalisty oraz aranżów, o brzmieniu nawet nie wspominając. Chodzi o tą specyficzną melodyjność, nośność, która skazuje zespół z miejsca na sukces komercyjny, pomimo złowieszczego przesłania.

Złowieszcze nie złowieszcze – dzisiaj temat jest tak mocno eksploatowany, że żadne nawiązanie do obrzędów okultystycznych nie dziwi już tak bardzo jak za czasów świetności alchemików z Coil. Niemniej – trzecia [albo czwarta, jeżeli liczyć split z zespołem Charles Manson (!)] płyta amerykan umili ci wieczór albo sześć (sześć sześć).

Polecam. Bardzo fajny kawał rzężącego, nawiedzonego rocka w popowym kożuszku