afrokolektyw
komentarzy

Afro Kolektyw (Wrocław, Szajba, 22.03.2015)

Kilka tygodni temu na fanów zespołu Afro Kolektyw jak grom z jasnego nieba spadła ogromnie smutna wiadomość: zespół postanowił zakończyć swoją działalność. Posiadający w swoim dorobku pięć albumów, na koncie szereg koncertów nie do zapomnienia oraz niepowtarzalny styl i urok, panowie z Afro Kolektywu chcąc pożegnać się ze słuchaczami, wyruszyli w pożegnalną trasę koncertową, która objęła osiem miast w Polsce. Wśród tych ośmiu miast był również i Wrocław – miasto, w którym zespół zakochał się ponoć bez wzajemności. Afro Kolektyw zagrał we wrocławskiej klubokawiarni Szajba 22 marca.

Afro Kolektyw to grupa zdolnych muzyków z charyzmatycznym frontmanem na czele, słyną oni nie tylko z wypracowanego przez lata stylu i świetnych tekstów, ale także z żywiołowych, pełnych roztańczonych ludzi koncertów. Zaskoczona więc byłam, kiedy ujrzałam na scenie krzesła dla muzyków, a po tej drugiej stronie sceny fotele dla publiczności. Zaskoczona i cóż, pełna obaw, jak Afro Kolektyw wypadnie w takiej aranżacji.

Nastrój pożegnania dało się odczuć już od momentu pojawienia się zespołu na scenie – panowie odziani w czarne stroje, z ogromnym spokojem i powagą zaczęli grać. Afrojax zasiadł za klawiszami Rhodes. Koncert był częścią trasy pożegnalnej i jednocześnie trasą promującą ostatni album 46 minut Sodomy, dlatego też najwięcej zabrzmiało utworów właśnie z tej płyty. Wybrzmiał singlowy Pijany Mistrz, były Bananowe Drzewa i Gdybyśmy rządzili światem, ale największe wrażenie zrobił na mnie kawałek Ochroniarzem być. Zaśpiewany przez Michała przejmującym głosem ze wsparciem wokalu Rafała Ptaszyńskiego zahipnotyzował zebranych. Nie mogło jednak zabraknąć piosenek ze starszych albumów. I tak z Piosenek po polsku pojawił się między innymi Wiążę sobie krawat (jeden z ostatnich utworów na koncercie i… pierwszy, na którym publika zgodnie podniosła się z siedzeń i zaczęła tańczyć i śpiewać), było Przepraszam, Gramy dalej, a także Bełgot obowiązuje w tej chwili, Seksualna czekolada, Czytaj z ruchu moich ust i Karl Marlone – ten ostatni zagrany dwukrotnie. Ponadto tradycji musiało stać się zadość, na paru utworach wokalista porzucił krzesło, tańcząc i w trakcie pozbawiając się czarnej koszuli. Pojawił się też cover Tata dilera, a także rozmowy o ZAiKSie i miłości do The Smiths.

Słodko-gorzka atmosfera utrzymywała się przez cały koncert. Bo z jednej strony nogi same rwały się do tańca, a usta i krtań do wyśpiewywania tekstów piosenek. Publiczność  żartowała, żywo reagowała na komentarze wokalisty. Z drugiej jednak wyraźnie odczuć można było poczucie beznadziei oraz ogarniającego smutku. Dlatego też koncert ten był tak wyjątkowy i na długo pozostanie w mojej pamięci.

Podobno na gruncie Afro Kolektywu ma powstać inny projekt. Jaki? Kiedy? Na razie niewiele informacji na ten temat. Coś się kończy, coś zaczyna. Trzymam kciuki.